|
Nowości na stronie
|
Wspomnienia Powojenne Joanna Witkowska
Moje Brzeżno to morze i plaża. Dzieciństwo to ulica Oksywska zaczynająca się od ulicy Pułaskiego i kończąca się na plaży. Dzieciństwo to morze, które było zawsze i którego szum zawsze był. Nie zawsze było spokojne i niebieskie. Pamiętam sztormy i nas przerażone dzieci kiedy rodzice sami się bali czy fale nie dotrą do naszego domu. Wtedy morze było straszne i groźne i już nie szumiało tylko ryczało. Ale następnego dnia było znowu spokojne i można było ganiać po piasku i wyławiać skarby, które morze po sztormie wyrzuciło. Niekiedy trafiały się bursztyny, nawet całkiem duże kawałki. Morze wyrzucało też kłody drewna, które zbierali ludzie na opał. Zastanawialiśmy się niekiedy skąd one przypłynęły. Były też skrzynki po pomarańczach, które wtedy były dla nas niedostępne. Plaża to łodzie rybackie, których wtedy było sporo. To rybacy wypływający codziennie w morze i świeże ryby prosto z łodzi, które kupowali nasi rodzice. Byli zżyci z nami, bo mieszkali obok nas. Był pan Janiak, pan Mikusiński, bracia Zabczyńscy z Babcią której się trochę baliśmy, pan Derda, pan Moza, nie wiem, czy wszystkich pamiętam. Nasza plaża to plaża dzika należąca do rybaków z rozwieszonymi na słupach sieciami. Niekiedy chłopcy podkradali ołów, którym były obciążone sieci, a potem wytapiali go i wlewali do form z których powstawały ołowiane żołnierzyki. Nasi rybacy wiecznie walczyli z chłopakami, ale podejrzewam, że czasami przymykali oko na ich wybryki.
Zimą morze też było piękne, napływające zamarznięte bryły lodu tworzyły przy brzegu malownicze budowle, kiedy już wszystko porządnie zamarzło chodziliśmy po krach daleko w morze, zdarzały się wtedy niespodziewane kąpiele w lodowatej wodzie i srogie reprymendy od rodziców.
Nie zawsze bawiliśmy się na plaży, najlepsze zabawy to gry w palanta na naszej ulicy wiecznie zasypywanej piaskiem z plaży, gry w piłkę, podchody i zabawy w chowanego kiedy to chowaliśmy się na podwórkach wśród komórek z węglem i drzewem na opał.
Kiedy byliśmy starsi kusiło nas poznawanie co jest dalej za naszą plażą. W prawo była plaża płatna z koszami i pozostałością po łazienkach. Chodziliśmy tam popołudniami kiedy już plażowicze poszli do domu, czasami udawało nam się posiedzieć w koszach i udawać wczasowiczów.
Latem plaże od Brzeżna po Gdynię zaludniały się i tak jest do dzisiaj. Wszystkie możliwe pokoje wynajmowano letnikom, którzy przyjeżdżali nad nasze morze. Zawieraliśmy przyjaźnie z dzieciakami z całej Polski, głównie z Warszawy.
Pamiętam też spacery z tatą do parku. Chodziliśmy alejką nad bunkrami, wzdłuż rosły dzikie róże, które latem pachniały niesamowicie. Wokół pozostałości po jakimś pomniku stały ławeczki na których siadali rodzice a my buszowaliśmy dookoła i staraliśmy się zajrzeć do starych i ciemnych bunkrów. Może dlatego że byłyśmy dziewczynkami nie ciągnęło nas żeby poznawać tajemnice tych bunkrów. Było w tym parku parę górek, z mniejszą ilością drzew, były one wspaniałe zimą, zjeżdżaliśmy tam na sankach, po kilku mroźnych dniach było tam naprawdę ślisko.
Najpiękniejsze były wyprawy do pobliskiego lasku, za rowem pancernym nie wiem dlaczego to się tak nazywał - rozciągał się on aż do Jelitkowa, tam tata pokazywał nam drzewa, ptaki, różne rośliny. Zawsze szła z nami cała gromada koleżanek i kolegów. Odnajdywaliśmy jeszcze tam ślady po okopach, chyba z ostatniej wojny.
Te wszystkie spacery wzdłuż wydm do dzisiaj kojarzą mi się z zapachem dzikich róż, które zawsze rosły na wydmach.
Potem była szkoła, ja szłam do pierwszej klasy już do nowo wybudowanej szkoły podstawowej przy ulicy Walecznych. pamiętam że była to eksperymentalna szkoła harcerska, klasy to były drużyny, które podzielone były na zastępy. Były wspaniałe nauczycielki: pani Bargiełowska, pani Dobrzyniecka, pan od muzyki, którego mało pamiętam, ale starał się nauczyć nas śpiewać.
Za szkołą rozciągały się łąki, na których jeszcze kilku mieszkańców wypasało krowy, chodziło się wieczorami z bańką po mleko do Pani Ozarkowej.
Było jeszcze lotnisko, ale nie pamiętam, żeby latało tam dużo samolotów. Raz w roku na dzień wojska, albo to był dzień lotnika odbywały się tam jakieś pokazy, na które chodziliśmy z rodzicami.
Brzeźno kończyło się na ulicy Sterniczej, i wyprawa tam to było wtedy bardzo daleko.
Chyba wtedy wszyscy się w Brzeźnie znali, rodzice spotykali się u rzeźnika na Korzeniowskiego, chodziło się do piekarni przy Gdańskiej. Pamiętam też bibliotekę na ulicy Gdańskiej i Panią Irenkę, która była tam bibliotekarką i wypożyczała nam jeszcze książki, które potem na długo zniknęły z bibliotek i księgarń, zapach tych książek to tez moje miłe wspomnienia o Brzeźnie.
Była też w Brzeźnie jedyna chyba wówczas knajpa "Meduza", o której sąsiadki mówiły szeptem różne rzeczy.
Była też jakaś świetlica przy Korzeniowskiego, do której przyjeżdżało czasami kino.
Pamiętam jeszcze dom, który stoi do dzisiaj w parku, był on częścią chyba domu zdrojowego, obok były korty, potem chyba tam grało się w siatkówkę. Czasami latem przyjeżdżała tam karuzela. Były też deski, na których bywały czasem tańce.
Latem na deptaku od pętli przy Gdańskiej w stronę plaży i łazienek spacerowali marynarze w swoich galowych ubraniach. Wiem że bardzo to nam się wtedy podobali, a szczególnie letnikom z głębi Polski.
Niektórzy pamiętają jeszcze wrak, którego szczątki leżały przy brzegu. Ja pamiętam ten, który był niedaleko dzisiejszego mola. Wystawały z wody zardzewiałe szczątki, które potem coraz bardziej przysypywał piasek. Gdy byliśmy dziećmi to wyprawa do "rozbitego statku" wydawała nam się wielka przygodą.
Pamiętam jeszcze jak starsi chłopcy z Brzeźna staczali bitwy z chłopakami z Jelitkowa, albo z Nowego Portu. Nie wiem o co wtedy im chodziło, bo mój brat jeszcze wtedy był maluchem.
Potem zaczęto budować nowe domy na ul. Dworskiej, zaczęli przybywać nowi ludzie, już zaczęło być inaczej.
|