Nowości na stronie

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

Moje wspomnienia zatytułowałam "Początek Świata". Gdy człowiek rozpoczyna swoje życie na ziemi, razem z nim rodzi się jego Świat. I razem z nim ten Świat umiera.

DOM

Początek świata nastąpił w połowie XX wieku, a dokładniej w noc wigilijną 1950 roku. Najpierw było tylko kilka osób i dom; ciepły, przytulny, z zapachem choinki i drożdżowego ciasta. I pies, a właściwie suka imieniem Aza. Dom przykucnął w ogrodzie, twarzą zwrócony ku morzu, niczym żona rybaka wypatrująca powracającej łodzi. Był niewielki, z czerwonym, spadzistym dachem i kominem, otynkowany na szaro. Elegancji dodawały mu wykończone granatową cegłą parapety, obramowania okien oraz schody zewnętrzne, których strzegły murowane balustrady. Do domu przylegała weranda zbudowana z takich samych cegieł i drewnianych belek na wzór pruskiego muru. Latem zachodzące słońce zatrzymywało się tam na dłużej, a zimą mróz po kryjomu malował kwiaty na szybach.

Poddasze składało się z dwóch pokoi. Pokój Pierwszy był tak malutki, że dwie osoby nie mogły przebywać w nim jednocześnie. Swoim rozmiarem i surowym wyglądem przypominał celę klasztorną. Szafa z cienkiej dykty, żelazne łóżko i szafka na książki zajmowały niemal całą powierzchnię. Pod oknem, wciśnięta w załom dachu stała stara maszyna do szycia firmy Singer. Nad łóżkiem wisiał nieduży, święty obraz w brązowej, podniszczonej ramie. Przedstawiał śpiące Dziecię Jezus, a za nim, w tle Krzyż z narzędziami zbrodni, zapowiedź tego, co miało się wydarzyć. W tym maciupeńkim pokoju mieszkała malutka jak kłębek włóczki babunia Ania. Cała była dobrocią, miłością i ciszą, jaka zapada po zamknięciu drzwi za tym, co bezpowrotnie minęło.

Drugi pokój był pokojem dziecinnym, czyli moim i mojego brata. Nieco większy od Pierwszego, mieścił łóżko, przykryte w dzień białą kapą, którą później upodobały sobie koty, jako miejsce posłania, kanapę, zbyt krótką dla dorosłej osoby, stół z pękniętym blatem i tak lekki, że aż dziw, że był drewniany oraz komodę, najpiękniejszy mebel w całym domu. Szuflada tej komody służyła mi w pierwszych tygodniach życia za łóżko. Pod ścianą dzielącą oba pokoje na poddaszu stał mały, przenośny piec kaflowy. Drewniane podłogi w całym domu pokryte były grubym, brązowo-bordowym linoleum.

Parter domu to właściwie jedno pomieszczenie w kształcie litery "L" oraz wąski korytarzyk wyłożony brązowo-beżową terakotą. Z korytarzyka prowadziły schody na poddasze i do piwnicy. Schody były drewniane, niemalowane i aby utrzymać czystość trzeba było co tydzień szorować je do białości. W korytarzyku mieściła się jeszcze szafka żywnościowa, która szczególnie przed świętami kusiła zapachem ciast i bułek drożdżowych.

Pokój dzienny, połączony z kuchnią, stanowił centrum życia rodzinnego. Pod fajerkami wesoło buzował ogień rozjaśniając mrok jesiennych wieczorów i dając rozkoszne ciepło. Na płycie zwykle stał garnek z ziemniakami, których smak przewyższał najbardziej wyszukane dania. W części kuchennej był jeszcze zielony, lakierowany kredens pełen niespodzianek i niska szafka, która służyła babuni w ciągu dnia za kozetkę. Wieczorami, gdy ogień pod kuchnią zamieniał się w żar, babunia siadała na taborecie i opierając się plecami o ciepłe jeszcze kafle, opowiadała historie swojego życia. W części stanowiącej pokój, pod oknami wychodzącymi na ogród stał stół. Jedyne wspomnienie dziadka Władysława łączy się właśnie z tym miejscem. Był koniec lata, słońce zachodziło barwiąc niebo na złoto i różowo, a dziadek, niewysoki, łysy, z siwymi wąsami, siedział przy stole paląc fajkę, patrzył na odchodzący dzień. Koło czasu zaczęło nabierać rozpędu...


Świat stworzony tego zimowego dnia wydał mi się piękny i zapragnęłam w nim pozostać. Ogrodzony był wysokim, jaśminowym żywopłotem i tylko przez szpary w furtce pozwalał zobaczyć, co jest po drugiej stronie.


Mniej więcej na początku świata ojciec postawił przepierzenie między częścią kuchenną a pokojem, oddzielając zapachy, ciepło paleniska i babcine historie od chłodnego i zarozumiałego "salonu". Wkrótce wprowadziły się tam nowe, dębowe meble w postaci trzydrzwiowej szafy, okrągłego, rozsuwanego stołu i sześciu krzeseł wyściełanych ciemnozielonym aksamitem. Pojawił się też tapczan, szeroki, rozłożysty i radio z magicznym okiem. Radio miało białe klawisze do zmieniania programów. Gdy nadawano koncerty, zajmowałam miejsce przed odbiornikiem i delikatnie dotykając klawiszy udawałam, że gram razem z orkiestrą.

...Dziadek już więcej do nas nie przychodził. Nie siadał pod oknem, nie patrzył na ogród i wróble na jabłoni... Po prostu umarł...


Życie rodzinne skupiło się w maleńkiej kuchni. Pod nową ścianą stanął stół i krzesło. Tylko jedno, bo na więcej nie było już miejsca. Wczesną jesienią, zamiast krzesła stawiano tam beczkę z kapustą, aby po jakimś czasie przenieść ją do piwnicy. Z kapustą rok rocznie było tak: mama, gdy przyszła pora kiszenia, pożyczała szatkownicę od państwa Hamerów z ul. Łamanej. Niewiele osób w Brzeźnie posiadało takie urządzenie. Były to dość duże, metalowe ostrza wmontowane w drewnianą obudowę. Potem z kuczki ( tak nazywaliśmy bieloną szopkę w podwórku) przynoszono ocynkowaną balię, ustawiano ją na dwóch drewnianych stołkach i zaczynało się szatkowanie. Byłam najmłodsza w rodzinie, więc tylko mogłam się przyglądać jak inni pracują. Rodzice, babcia i starsza siostra, w chusteczkach na głowie, szatkowali główki kapusty razem z marchwią, ugniatali je w beczce, przesypując solą i przetykając małymi, zielonymi jabłuszkami. Po skończonej pracy beczkę stawiano obok stołu, blisko kuchni, by dojrzewała w cieple i przykrywano ją drewnianym wiekiem, obciążonym zwykłym, polnym kamieniem. Po kilku dniach kapusta puszczała sok, pieniła się, kipiała... Babcia codziennie starannie myła wieko i kamień, pilnowała procesu kiszenia. W końcu pewnego dnia podejmowała decyzję o tym, że kapusta może już zacząć leżakowanie w chłodnej piwnicy. Całą zimę aż do późnej wiosny jedliśmy chrupiące surówki, kapustę zasmażaną z kminkiem, pierogi i bułeczki drożdżowe nadziewane kapuścianym farszem. Największym rarytasem były jednak kiszone jabłuszka.

Kuchnia była najcieplejszym miejscem w całym domu. Mama zawsze wstawała pierwsza i rozpalała ogień. Gotowała wodę w dużym, czerwonym garnku na mycie i w czajniku na herbatę. Zimą było to z jej strony bohaterstwo. Temperatura na zewnątrz częstokroć spadała poniżej -20 st. C, przez zamarznięte szyby nie było widać świata bożego, nikomu nie chciało się opuszczać ciepłego posłania. Ojciec, który dojeżdżał do pracy w Gdańsku budził się o piątej. Jadł śniadanie, golił się, a potem ze swoją nieodłączną skórzaną teczką szedł pieszo na stację kolejki elektrycznej Gdańsk-Brzeźno. Gdy przyszła pora wstawania, mama najpierw ogrzewała od ciepłych kafli kuchennych ubranka, a potem pomagała mi je wkładać, gdy jeszcze leżałam w łóżku.

Jakże inne były letnie i wiosenne poranki. Budzący się dzień wpadał przez otwarte okna świergotem ptaków, pianiem kogutów, szczekaniem psów, zgrzytem tramwaju na zakręcie, z jakąś niewysłowioną radością tarmosił nas za uszy, wyganiał z pościeli.
Na początku świata istniała jedność człowieka z przyrodą.

Kolejna część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2008 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka