Nowości na stronie

brzezno.net na Facebooku

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

GRY I ZABAWY

Mniej więcej na początku świata Brzeźno zaroiło się od dzieci. W każdym domu i na każdym podwórku pojawiły się dziewczynki w kretonowych sukienkach i chłopcy krótko ostrzyżeni, wszyscy z wiecznie odrapanymi kolanami i łokciami. Świat z radością odkrywał przed nimi swoje tajemnice, prowadził do magicznych miejsc, pokazywał gdzie żaby wiosną odbywają gody, gdzie są najlepsze ślizgawki zimą i gdzie rozłożyste wierzby tworzą wygodne skrytki w gałęziach nad ziemią. Ukazywał łagodność letnich wieczorów i grozę sztormowej, jesiennej pogody.

Największą karą dla dzieci był zakaz wychodzenia na dwór. Godziny spędzane w domu wlokły się bez końca, gdy tymczasem zza okien dochodził gwar, śmiech i odgłosy zabaw. Jedną z najbardziej ulubionych była zabawa w policjantów i złodziei. W kamienicy, gdzie mieściła się poczta, zaraz za wejściowymi drzwiami znajdowało się zejście do piwnicy, zamykane na drewniane drzwiczki ze skobelkiem. W piwnicy przypominającej lochy, do których wtrącano okrutnych zbójców, panowała wieczna ciemność i unosił się zapach stęchlizny. Dzieci dzieliły się na dwie grupy. Jedna była złodziejami i miała za zadanie uciekać przed policjantami, kryć się po krzakach, komórkach i składzikach, druga, czyli policjanci musieli najpierw odczekać jakiś czas z zamkniętymi oczami, a potem rozpocząć poszukiwania. Wcześniej określano dozwolony obszar. Najczęściej były to tereny między ulicami: Południową, Walecznych, Orlą i Korzeniowskiego. Czasami dotykały ulicy Mazurskiej. Każdy złapany delikwent osadzany był w lochu. Gdy wszyscy złodzieje już się tam znaleźli, odbywano nad nimi sąd. Żeby wyjść na wolność, trzeba było wykupić się; zaśpiewać piosenkę, zatańczyć albo wykonać jakieś inne polecenie. Potem następowała zmiana. Policjanci stawali się złodziejami, a złodzieje policjantami. Skrytek było wiele; w szopce u Ali i Kazika, w drewutni Dziuni i Luśki, w komórce Ryśka, gdzie trzymano kozę, w ogrodzie pani Pilcowej, wśród gąszczu agrestów, porzeczek i drzew owocowych, za studnią z żelazną cembrowiną, w której mieszkały wielkie ropuchy, na dachach składzików, za płotami, chaszczami i pokrzywami...

Inną ulubioną zabawą była "Wojna". Na podwórku rysowaliśmy wielkie koło i dzieliliśmy je na tyle równych części, ile było dzieci. Każde z nas obierało nazwę jakiegoś państwa, po czym jedno stawało w środku koła z patykiem w ręku i wołało: wywołuję wojnę przeciwko... przeciwko... - trzymając wszystkich w napięciu - przeciwko... w końcu padała nazwa jednego z państw, a podrzucony jednocześnie patyk szybował do góry. Ten, czyje państwo zostało wywołane musiał złapać kij. W tym czasie reszta dzieci uciekała jak najdalej od koła. Gdy właściwa osoba złapała patyk, krzyczała STÓJ! Wszyscy uciekający musieli się natychmiast zatrzymać. Teraz należało tak rzucić patykiem, żeby trafić w jedną z uciekających osób. Osoba trafiona musiała oddać część swojego terytorium. Natomiast jeżeli rzut był chybiony, rzucający oddawał część swojego państwa. Zabór odbywał się w ten sposób, że zwycięzca stojąc na terytorium własnego państwa odkrajał patykiem tyle cudzego obszaru, ile zdołał dosięgnąć.

Gdy w czasie podwórkowych zabaw usłyszeliśmy wojskową orkiestrę był to znak, że z poligonu wracają żołnierze. Po obu stronach ulicy Gdańskiej, między domkiem marynarza a czerwoną szkołą znajdował się poligon. Odbywali tam ćwiczenia żołnierze skoszarowani w Nowym Porcie. Z jednej strony ulicy był tor przeszkód, równoważnie, ścianki wspinaczkowe przypominające drewniane frontony domów, a z drugiej były strzelnice. Po ćwiczeniach żołnierze wracali czwórkami do koszar. Na czele szła orkiestra dęta prowadzona przez tamburmajora, który wielką buławą dawał znaki orkiestrze. Na końcu maszerowaliśmy my, dzieci z brzeźnieńskich podwórek, umorusane, dumne i szczęśliwe. Niektórzy z nas mieli karabiny z patyków przewiązane sznurkiem. Wybijaliśmy bucikami marszowy rytm i śpiewaliśmy wojskowe piosenki. Czasami któryś z żołnierzy zagadnął, czy nie mamy starszej siostry. Wędrowaliśmy za oddziałem ulicą Gdańską, potem Ignacego Krasickiego, wzdłuż portu, za szlaban kolejowy, aż do samych koszar na ulicy Oliwskiej. Potem nasi bożyszcza znikali za bramą, a my wracaliśmy biegiem do domów.

Najlepszym miejscem na Świecie do zabawy w podchody był Park. Ciągnął się od ulicy Zdrojowej aż do kamieni przy szpitalu zakaźnym i od morza do ulicy Ignacego Krasickiego. Razem z dziećmi letników spędzaliśmy tutaj całe popołudnia. Ich rodzice zmęczeni słońcem i plażą odpoczywali w wynajętych pokojach. My znowu dzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna wyruszała pierwsza rysując strzałki na czarnych, żwirowych alejkach lub układając po drodze znaki z sosnowych szyszek i patyków. Druga w pewnym odstępie czasu udawała się w pogoń. Nie wystarczało jednak biec za strzałkami. Od czasu do czasu grupa uciekająca zostawiała ukryte listy z poleceniami. Trzeba było je odnaleźć i skrupulatnie wykonać wszystkie zadania. Skrawki papieru zapisane koślawymi literami znajdowaliśmy w pustych, wyschniętych korzeniach sosen, pod kamieniami, w szorstkich, wydmowych trawach, wśród kolczastych krzewów dzikich róż, w pobliżu tajemniczych i budzących grozę bunkrów.


Jakże wspaniale smakowała potem kolacja: pajdy chleba z masłem, szczypiorkiem i rzodkiewkami z naszego ogródka. Siadywałam na schodach werandy i jedząc patrzyłam w zmierzchające niebo. Często wieczorem od strony lotniska nadlatywały dwupłatowe samoloty. Krążyły z warkotem nad Brzeźnem wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Nagle wysypywały się z nich, jak ziarenka maku, czarne punkciki by po chwili rozwinąć się w półokrągłe czasze spadochronów. Ludzie zawieszeni między niebem a ziemią śmiesznie machali w powietrzu nogami i byli tacy mali jak krasnoludki mieszkające jesienią pod kredensem w naszej kuchni.


Mama codziennie wieczorem grzała wielki garnek wody. Dużą, emaliowaną miskę z czerwonym rantem stawiała na podłodze werandy i zaczynała się "kąpiel". Jakże trudno było domyć odrapane kolana, czarne ręce i pięty ze śladami smoły. Smoła była wszędzie; na plaży, gdzie cumowały łodzie rybackie i na ulicy, bo akurat uszczelniano dachy lub kładziono nową papę. Na smołę najlepsze było masło. Trzeba było posmarować brudne miejsce tłuszczem i dokładnie je wyszorować. Sen przychodził szybko, otulał małe dziewczynki z warkoczami, dom i ogród, drzewa w sadzie... cały Świat.

Poprzednia część Kolejna część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2010 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka