Nowości na stronie

brzezno.net na Facebooku

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

SZKOŁA

Pierwszego września 1957 roku mama zaprowadziła mnie do szkoły. Nie pamiętam, którędy szłyśmy, czy ulicą Pułaskiego, tą brukowaną, elegancką, czy może Walecznych, gdzie niebo wiecznie przeglądało się w kałużach.

Wcześniej obstalowała dla mnie tornister u pana Kowaliszyna z ulicy Dworskiej. Pan Kowaliszyn potrafił wyczarować ze skóry piękne rzeczy; teczkę dla mojego taty, taką z bocznymi kieszeniami, sprzączkami, przegródką na dokumenty i grubym paskiem spinającym całą zawartość, niezwykle trwałe i mocne tornistry a nawet buty. W kuchni u niego stały drewniane kopyta w różnych rozmiarach. Mama czasami pożyczała kilka, na których szyła dla nas zimą filcowe pantofle.

Szkoła mieściła się przy ulicy Północnej, tam gdzie kończyło się Brzeźno, a zaczynały łąki. Był to piętrowy budynek z czerwonej cegły. Wyglądał poważnie i surowo. Główne wejście od ulicy było zawsze zamknięte. Wchodziliśmy więc "kuchennymi" drzwiami od podwórza; piaszczystego, z rzadkimi kępkami trawy rosnącej pod murem i dorodnymi kasztanowcami otaczającymi niewielkie boisko.

Moja klasa znajdowała się na parterze, po prawej stronie od wejścia. Ważne miejsce w niej zajmował duży piec węglowy. Wczesnym rankiem, w słotne, jesienne dni, zimowe mrozy i chłodną wiosną woźny rozpalał w nim ogień. Schodziliśmy się z różnych stron Brzeźna. Najbliżej, bo naprzeciwko szkoły mieszkała Hania i Janusz. Część z nas musiała jednak pokonywać spore odległości. Terenia aż od stacji kolejki elektrycznej Gdańsk - Brzeźno, Marysia z domku położonego w lesie, za cmentarzem, Zdzichu i Józek z okolic ul. Uczniowskiej. Zmarznięci, czasem przemoczeni grzaliśmy się przy ciepłym piecu.

W klasie stały trzy szeregi drewnianych ławek połączonych na stałe z pulpitami pomalowanymi na zielony kolor. W każdym pulpicie był wycięty otwór na kałamarz i wgłębienia na pióro oraz ołówki, a pod nim półeczka na książki i zeszyty.

Początek i koniec lekcji woźny obwieszczał dużym, ręcznym dzwonkiem. W szkole było ciasno, więc wybiegaliśmy na podwórko. Ganialiśmy po boisku, czasami na dużych przerwach zapuszczaliśmy się dalej, na łąki lub nad morze. Ulica Północna, brukowana kocimi łbami, kończyła się na plaży. Wystarczyło przebiec kilkadziesiąt metrów by znaleźć się w innym świecie. Morze o każdej porze roku było inne. Wczesną jesienią spokojne, połyskujące złotem, wyrzucające na brzeg galaretowate meduzy, później ciemne, wzburzone, huczące, szaro-bure... Zimą uśpione pod lodem, pokryte krą, białe... Wiosną znowu ruchliwe, wesołe, kolorowe... Rybacy wypływali i wracali z połowów, wyciągali na brzeg swoje żółto-czarne łodzie, suszyli sieci rozciągnięte na palach wbitych w piach. Kobiety w chusteczkach na głowach czyściły ryby, naprawiały porwane sieci...

Przerwy mijały szybko, trzeba było wracać na lekcje. Wpadaliśmy do szkoły rozbrykani i roześmiani, przepychając się jeden przez drugiego. Musieliśmy uważać, by nie stracić równowagi, bo podłoga była wysmarowana jakimś czarnym środkiem konserwującym, który zostawiał na pończochach i spodniach trwałe ślady. Przynosiliśmy z sobą zapach morza i wiatru. Pani Jachowa, żona dyrektora szkoły i zarazem nasza wychowawczyni, zwracała baczną uwagę na to, w jaki sposób siedzieliśmy w ławkach. Wszystkie dzieci musiały mieć wyprostowane plecy i ręce splecione z tyłu. Byłam chyba najmniejsza i najchudsza w klasie. Nieduży i drobny był jeszcze Andrzejek, za to z szerokim uśmiechem na piegowatej buzi. Oboje mieliśmy małe nóżki i nosiliśmy dziecinne buty, takie z szerszymi noskami, białe lub czerwone. Reszta chodziła w wysokich, brązowych i sznurowanych butach, do których można było przykręcać łyżwy.. Jakże im wtedy zazdrościliśmy tej dorosłości.

Obok naszej szkoły, za płotem trwała budowa. Kopalnia "Czeladź" wznosiła dla nas nowy przybytek; wielki, przestronny, jasny, z centralnym ogrzewaniem, toaletami i prawdziwą salą gimnastyczną. Latem miały tu przyjeżdżać na kolonie dzieci z górniczych rodzin.

Kolejny rok szkolny 1958/1959 rozpoczęliśmy więc w nowej szkole. Była cudna! Wyposażona w nowoczesne gabinety lekcyjne, pracownię plastyczno-techniczną, świetlicę i stołówkę, no i ogromną salę gimnastyczną! Z drabinkami, kozłem, skrzynią... Zamiast czarnej, brudzącej podłogi wszędzie był parkiet. W łazienkach umywalki i WC. Korytarze też były przestronne, szerokie, w sam raz do zabaw na przerwach w słotne lub mroźne dni. Obok budynku szkolnego powstało nowe boisko z prawdziwą bieżnią, a to stare, pod kasztanami, służyło latem do gry w piłkę, zimą zaś stawało się lodowiskiem.

Pokochaliśmy naszą nową szkołę. Spędzaliśmy w niej mnóstwo czasu. Braliśmy udział w dodatkowych zajęciach sportowych (SKS-ach) i kółkach zainteresowań. Na tyłach szkoły mieliśmy nawet swój ogródek, w którym pielęgnowaliśmy roślinki.

Wkrótce spotkała nas kolejna wielka przygoda. Nasza szkoła stała się eksperymentalną szkołą harcerską. Stanowiliśmy odrębny szczep. Każda klasa była drużyną podzieloną na zastępy, a nauczycieli odtąd tytułowaliśmy druhu lub druhno. Oprócz szkolnych zajęć pojawiły się zbiórki, biwaki, obozy, zdobywanie sprawności... Nie było czasu na nudę. Każdego ranka chętnie biegliśmy do szkoły, bo każdy dzień przynosił z sobą jakieś niespodzianki. Wracaliśmy zaś bardzo dłuuuuuugo, bo trudno było nam się rozstać.

Zima przychodziła zwykle dość wcześnie i niespodziewanie. Na Wszystkich Świętych było już mroźno i śnieżnie. Podmokłe łąki na ulicy Mazurskiej, poprzecinane rowami melioracyjnymi ścinał lód. Powroty ze szkoły wydłużyły się jeszcze bardziej. Rzucaliśmy tornistry w kępy wyschniętych traw wystających gdzieniegdzie spod śniegu i ślizgaliśmy się na butach. Czasami świeży lód pękał pod naszym ciężarem i wpadaliśmy po kolana w lodowatą wodę. Wtedy trzeba było już szybko wracać do domu. Biegliśmy na skróty łąkami do ulicy Orlej przeskakując przez resztki dawnych ogrodzeń, poplątane druty kolczaste i na wpół zmurszałe, przekrzywione paliki. Obok gospodarstwa Billów skręcaliśmy w ulicę Walecznych skąd było już widać parkan ogrodu, za którym stał mój ciepły, dobry dom.


Wreszcie w moim Świecie pojawili się Inni, podobni do mnie. Dziewczynki i chłopcy. Mieli tyle samo lat co ja, głowy pełne pomysłów i spragnieni byli przygód.

Poprzednia część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2010 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka