|
OGRÓD
Brzeźno lat pięćdziesiątych to ogrody, sady, niezliczona ilość szopek, komórek i składzików. W gąszczu zieleni odpoczywały niskie domy i nieco wyższe kamienice. Tych ostatnich było jednak niewiele.
Nasz dom stał na rozległej posesji, której granice wyznaczały ulice: Południowa i Korzeniowskiego, placyk przed pocztą oraz ogród państwa Brodów. Wysoki żywopłot szczelnie oddzielał mój Świat od innych światów.
Najbliżej domu było malutkie podwórko, gdzie zawsze po burzy pojawiała się brunatno-żółta kałuża. Szybko jednak usychała z miłości do słońca. Czasami udawało się zaprosić ją do zabawy. Pozwalała wtedy tupać i chlapać bosymi nogami, rozbryzgiwać błoto nas boki, albo budować tamy, kanały, porty... Brat nauczył mnie robić łódki z papieru, które potem cumowały na deszczowych przystaniach.
Na podwórko prowadziła wąska ścieżka między werandą a malinowym chruśniakiem i wiecznie zadumaną jabłonią. Dziwne to było drzewo Wiosną wdzięczyła się do księżyca, rozkładała szeroko swoje ciężkie od kwiatów gałęzie na płaskim dachu werandy, nęciła owady... a potem smutniała, więdła, rodziła małe, robaczywe jabłka. Może tęskniła za swoimi siostrami w sadzie?
Ogród i sad odgradzał od podwórka niewysoki parkan z wąskich, białych szczebelków. W gąszczu malin można było dostrzec zarośniętą, malutką furtkę z metalową klamką. Ktoś dawno temu zamknął tę furtkę na klucz, a ludzie zapomnieli o jej istnieniu.
Na początku Świata podwórko kipiało życiem. W wydzielonej części mieszkał wieprzek Maciek. W dzień przebywał na wybiegu razem z kurami, kaczkami i zadziornym kogutem, a na noc zamykany był w kuczce. Na jego terytorium rosła jabłoń - szara reneta. Maciek lubił ocierać się o pień drzewa, mrucząc z zadowolenia. Babcia czasami rzucała mu kawałki węgla mówiąc, że to są jego cukierki. Niestety, około Wielkanocy wieprzek gdzieś znikał. Wkrótce pojawiał się nowy, tylko zupełnie malutki.
Drób miał tę przewagę nad wieprzkiem, że mógł opuszczać zagrodę i buszować po całym podwórku. A było gdzie chodzić. Zaraz za Maćkowym ogrodzeniem był skrawek trawnika. Rosła tam rozłożysta, niewysoka jabłoń i śliwa węgierka splecione ze sobą gałęziami. Pod nimi, w piętrowych klatkach mieszkały króliki; szare, długouche, mięciutkie. Zabawnie ruszały nosem, gdy przynosiłam im liście mleczu i garście świeżej trawy. W pobliżu stał jeszcze ocynkowany, lekko przechylony na jedną stronę grzybek - schronienie przed deszczem dla kur.
Ścieżka, która niczym potok wpadała na podwórko z jednej strony, wypływała z drugiej i meandrując wśród nawłoci mijała sad, psią budę i rozdzielała się na dwa strumienie. Jeden biegł w gąszcz bzów i jaśminów, gdzie stała wygódka, drugi zaś przemykał obok szopy i ginął w porośniętych chaszczami gruzach domu. Przed wojną stała tam parterowa willa, zburzona w czasie jedynego nalotu na Brzeźno. "Pamiątką" po tym wydarzeniu były także gruzy w pobliżu przystanku tramwajowego, na rogu Orlej i Mazurskiej oraz Korzeniowskiego i Dworskiej. Świat jednak chciał jak najszybciej zapomnieć o tamtych złych czasach, na zgliszczach pośpiesznie rozsiewał nasiona traw, sadził klony i brzozy, zasłaniał blizny szerokimi liśćmi łopianu.
Za płotem okalającym ogród, przy ścieżce wymykającej się z podwórka, obok psiej budy stała huśtawka, którą można było dolecieć prawie do nieba. Czasami zabierałam z sobą kota, ale chyba nie przepadał za takimi rozrywkami. Wolał polować na wróble.
Z podwórka do ogrodu i sadu prowadziła furtka zamykana na skobelek. Tuż za nią, na drewnianym podwyższeniu stała wielka, ocynkowana beczka. Każdej wiosny, gdy bielono wapnem drzewa w sadzie, ona także dostawała nową sukienkę. W beczce była woda do podlewania grządek. Dostarczał ją czarny, gumowy wąż podłączony do kranu w piwnicy.
Sercem tej części posesji był sad otoczony z trzech stron malinowym żywopłotem przetykanym krzewami agrestu i porzeczek. Spoglądał przyjaźnie na ogród warzywny pełen wszelakich dobroci; chrupiących rzodkiewek, cebuli, sałaty, która miała wiecznie zielono w głowie, marchwi z rozczochraną czupryną, pietruszki, pysznego groszku, kolorowej fasoli, pnącej się po tykach do słońca, na kwiatowe rabaty i... brzozę, która zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Było to najpiękniejsze drzewo na świecie. Nie wiadomo skąd się wzięło. Może anioł zasadził je na długo przed początkiem Świata, a może samo przywędrowało którejś wiosny? Wysoka, symetrycznie zbudowana, świadoma swej urody stała dumna w północno-zachodniej części ogrodu. Któregoś dnia przyszedł zły człowiek i odebrał jej życie... I wszystkim innym drzewom w sadzie, by w ich miejsce postawić swoją kamienną fortecę.
Jednak zanim to się stało, mój Świat każdej wiosny rozkwitał bladoróżowym kwieciem jabłoni, wiśnie, jak panny młode stroił w welony, a ptakom pozwalał wić gniazda w bzach i jaśminach. Latem dojrzewał, rozrastał się, przybierał bujne kształty niczym ciężarna kobieta, by w końcu, jesienią wydać dorodny owoc. Zimą zamierał, pogrążał się w lodowatym śnie, przykryty grubą warstwą śniegu. Zapadał w ciszę...
... W tamtych czasach pory roku powoli przemierzały Świat...
|