Nowości na stronie

brzezno.net na Facebooku

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

PIERWSZA SAMOTNA WYPRAWA

Mój Świat przypominał Rajski Ogród. Były "wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące"1, kochający Ojciec, bezpieczne ramiona Mamy i Babci, troskliwe starsze rodzeństwo. Lecz brakowało drugiej osoby, podobnej do mnie. Kiedyś nawet zapytałam, dlaczego nie mam małej siostrzyczki lub brata. Dostałam odpowiedź, że ktoś musi być ostatni. Postanowiłam więc poszukać Drugiego w innym Świecie.

Żywopłoty, parkany i chaszcze zazdrośnie strzegły ogrodu, lecz pod furtką, za którą ojciec codziennie rano znikał ze swoją skórzaną teczką była szpara, w sam raz, by prześliznąć się na brzuchu na drugą stronę. A tam wszystko wyglądało inaczej. Ulica, wybrukowana kocimi łbami, szerokie, kamienne krawężniki i dwa różne chodniki; jeden z nich, ten po przeciwnej stronie ulicy jaśniepański, wyłożony zgrabnymi, kwadratowymi płytkami, drugi, biegnący obok naszego płotu zwyczajny, prosty, z twardej, ubitej ziemi.

Na przeciwko furtki, po drugiej stronie jezdni była brama i wysoki, żelazny parkan ze starannie przyciętym żywopłotem. Za nim znajdował się ogródek warzywny państwa Krollów. Sprawiał wrażenie, jakby przypadkiem znalazł się w tym miejscu. Brama była zbyt szeroka, elegancka, z wjazdem wyłożonym kostką brukową, aby miała prowadzić tylko do niewielkiego ogródka. Za grządkami zaczynał się park ze starymi, rozłożystymi białymi topolami, bukami i smukłymi topolami czarnymi. Między konarami prześwitywał front Domu Zdrojowego.

Na wschodnim krańcu ulicy była drewniana szopa, ukryta w krzakach czarnego bzu i nieduże, obce podwórko. Tuż za nim wyrastał dom. Wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię. Okna pierwszej kondygnacji były tak nisko, że mogły się w nich przeglądać tylko nogi przechodniów i bardzo małe dziewczynki.

Pewnego wrześniowego dnia, w ciepły, słoneczny poranek udało mi się niepostrzeżenie wymknąć na drugą stronę Świata. Powędrowałam chodnikiem, tym wyłożonym płytami, wzdłuż żelaznego płotu i domu, na skwer w pobliżu przystanku tramwajowego. Stał tam brunatny, wysoki krzyż dziękczynny z wypisanym białymi literami tekstem: W I ROCZNICĘ ZAKOŃCZENIA WOJNY. I żelazna, ręczna pompa. Skwer był rozległy, otoczony niewielkim żywopłotem, przecinały go żwirowe alejki z licznymi ławkami dla spacerowiczów. Na przystrzyżonych trawnikach rosły krzewy róż i wysokie, stare, rozłożyste białe topole. Wydawało się, że swymi konarami obejmują niebo. Ważne miejsce zajmowała piaskownica; duża, z szerokimi, drewnianymi rantami, w sam raz do stawiania babek z piasku. Wkoło niej siadywały mamy, wystawiając twarze do słońca. Rozmawiały, czytały, dziergały na drutach... Powietrze wypełniały przeróżne dźwięki. Co jakiś czas tramwaj zatrzymywał się na przystanku, ludzie wsiadali i wysiadali stukając obcasami, szczekał pies, ktoś wołał, ulicą przejeżdżał wóz konny, rzadziej samochód, szeleściły liście topoli... W południe, z otwartych okien domów niósł się radiowy hejnał z Wieży Mariackiej w Krakowie. Dla Gdańszczan był to znak, że należy siadać do obiadu.

Od skweru, w kierunku plaży prowadziła ulica Zdrojowa. Zaczynała się poczekalnią tramwajową, przylepioną do narożnego budynku, tego z oknami przy samej ziemi. Wewnątrz poczekalni była drewniana ławka i spluwaczki oraz wejście na zaplecze kiosku z papierosami i landrynkami. Za kilka groszy pan Górny sprzedawał dzieciom cukierki na sztuki.

Za poczekalnią rozpościerał się ciemny, zarośnięty, trochę tajemniczy park Domu Zdrojowego. Sam budynek był piękny, przypominał pałac. Przeszklone werandy, ażurowe, drewniane aplikacje, wysokie okna, gzymsy... Mieszkali w nim zwykli ludzie. Tylko Andrzejek był niezwykły. Nie miał rąk, jak inne dzieci, jedynie same dłonie wyrastały mu prosto z tułowia. Był wesołym chłopcem i dobrym kompanem zabaw. W pogodne dnie "pałacowy" park zamieniał się w suszarnię bielizny. Między drzewami rozciągano linki i wieszano pranie. Wiatr nadymał powłoki jak żagle, spodnie szarpał za nogawki, tarmosił koszule.

Z drugiej strony Domu Zdrojowego znajdowały się otoczone zielenią ceglane korty tenisowe. Jeszcze piękne, ale już naznaczone śmiercią, tak jak "pałac" i park wokół. Tylko krok dzielił je od gruzów po hali brzegowej i nadmorskiego bulwaru, przysypanego piaskiem i zarastającego zielskiem.

Po przeciwnej stronie ulicy Zdrojowej skwer kończył się drewnianą pergolą przypominającą tunel, obrośniętą winem. Prowadziła tędy romantyczna ścieżka do sosnowego parku. Wiosną była jasnozielona, delikatna, z domieszką słońca, latem przybierała barwę ciemnej zieleni by jesienią wystroić się w czerwień, brąz, złoto i winne korale. Zimą chowała sukienki w przepastne kufry i naga, zziębnięta wypatrywała śniegowych chmur.

Tuż za pergolą był brukowany podjazd do sąsiednich domów. Część z nich stanowiła kiedyś budynki gospodarcze Domu Zdrojowego. Jesienią, do jednego z nich przywożono kartofle i główki kapusty - zaopatrzenie na zimę. Mieszkańcy Brzeźna ustawiali się w długą kolejkę nie znając terminu dostawy. Czasami czekali kilka godzin, częściej kilka dni. Kobiety w ciepłych, ciemnych płaszczach, otulone szalikami, w chustkach na głowie rozcierały zgrabiałe ręce, przytupywały z zimna, lecz gdy pojawiał się oczekiwany transport nagle ożywiały się. Mama brała kilka ziemniaków i biegła do domu, aby je ugotować na próbę. Wiedza mamy i babci o kartoflach była wielka. Ważny był kolor, smak i konsystencja. Nie mogły być ani zbyt żółte, ani za białe, najlepsze były takie, które lekko rozsypywały się po ugotowaniu. Po degustacji obie kobiety decydowały czy kupić kartofle z tej dostawy i w jakiej ilości.

Za budynkiem mieszkalnym i zabudowaniami gospodarczymi zaczynał się park urządzony z sosnowego, nadmorskiego lasku. Od ulicy odgradzał go niewysoki, żelazny parkan z fantazyjnie wygiętymi prętami i wszechobecne krzewy różane. Kiedyś do tego miejsca dojeżdżał tramwaj. Świadczyły o tym pozostałości szyn w jezdni. Szeroki deptak prowadził prosto w kierunku morza i przecinając nadmorską promenadę wbiegał radośnie na plażę. Jeszcze wyciągał ramiona ku wodzie, chwytał rozkrzyczane mewy sadzając je w rządku na szarej obmurówce, lecz tu nagle urywał się... Gruz, rozwalone bloki betonu, sterczące, pordzewiałe pręty przysypane piaskiem... morze lizało rany starego, brzeźnieńskiego mola, obmywało kikuty drewnianych pali wystających z piaszczystego dna zatoki.

Z eleganckiej promenady biegnącej niegdyś wzdłuż morza pozostało niewiele; resztki czarnego żwiru zmieszanego z piaskiem morskim, murek oddzielający bulwar od plaży, betonowe schodki... Wiatr rozsiewał nasiona traw i pospolitych drzew na gruzach hali brzegowej...


Brzeźno opuścili już ostatni letnicy, było cicho i pusto... Znalazłam się sama na ogromnej przestrzeni. Morze, spokojne o tej porze roku, marszczyło się i mieniło kolorami. Na brzegu leżały bezradne meduzy. Czekały aż jakaś fala zabierze je z powrotem. Chciałam pomóc im, ratować to delikatne życie, brałam w ręce przeźroczyste, galaretowate stworzenia i wrzucałam do wody. Na drewnianych resztkach przedwojennego mola siedziała, obserwując mnie, jakaś samotna, starsza pani. Miała chorą nogę i wygrzewała ją w słońcu. Gdy zbliżyłam się do niej, zapytała.
- Dziecko, gdzie jest twoja mamusia?
- Umarła - odpowiedziałam ze smutkiem.
- A gdzie twój tatuś?
- Też umarł.
Mama często czytywała mi bajki Andersena i braci Grimm. Niemal w każdej była jakaś biedna sierotka. Wzruszałam się ich losem, dzieliłam niedolę, a teraz miałam okazję, choć na chwilę stać się jedną z nich.

Pani pokiwała ze współczuciem głową. Chciałam wrócić do zbierania meduz z plaży, gdy zobaczyłam z daleka postać idącą w moim kierunku. W ręku trzymała rózgę. Szła szybkim, energicznym krokiem, nie wróżącym niczego dobrego. Nie byłam już sierotką z bajki.

Mama długo rozmawiała z obcą panią. Potem wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do domu. Znowu znalazłam się w moim Świecie.
Wieczorem ojciec przybił u dołu furtki dodatkową deskę.


1 - Biblia Tysiąclecia, Księga Rodzaju, 2.9

Poprzednia część Kolejna część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2010 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka