Nowości na stronie

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

PARK

Najpiękniejszym miejscem w Brzeźnie był Park. Zanim zaczęłam samodzielnie poznawać Świat, najpierw oglądałam go z perspektywy dziecięcego wózka.

Nie był to zwykły park, ale oswojony las. Na łagodnych wzgórzach, porośniętych trawą stały sosny, pochylone, kłaniające się pogańskim zwyczajem wschodzącemu słońcu. W letnie wieczory pachniały żywicą, stroiły się w złoto i purpurę odchodzącego dnia. Późną jesienią, gdy nadlatywały sztormowe wiatry, splatały się konarami w miłosnym uścisku.

W głąb parku prowadziły starannie utrzymane, żwirowe alejki. Stały przy nich drewniane ławki z ażurowych listewek, wygodne, jasnopopielate, o miękkich, eleganckich kształtach, zakończone żelaznymi poręczami. Przysiadały na nich matki z dziećmi, letnicy spaleni słońcem, staruszkowie, zakochani...

Park miał swoje tajemnice, które stopniowo odkrywał przede mną...

Najbardziej mrocznym miejscem były bunkry, pozostałości działań militarnych z początku XX wieku. Ciągnęły się przez znaczną część parku, równolegle do linii brzegowej, ukryte pod wysokim nasypem. Górą, wśród kosodrzewiny i różanych krzewów prowadziła najbardziej elegancka alejka; szeroka, wykończona wąskim krawężnikiem i niskim, metalowym płotkiem. Od południowej strony osłaniał ją wysoki, liściasty, pięknie uformowany żywopłot, tworząc ścianę nie do przebycia. Był tak gęsty, że nie można było dostrzec za nim potężnych, betonowych budowli. W niszach, pod żywopłotem, wśród róż kwitnących od wiosny do jesieni stały wszechobecne ławki, czekając na gości. W połowie nasypu alejka rozszerzała się, tworząc okrągły skwerek. Z jednej strony, na betonowym, szerokim postumencie stał pomnik 17 Pułku Artylerii Pieszej. Miał kształt wysokiej iglicy, zakończonej złotą kulą. Z tego miejsca rozpościerał się wspaniały widok na zatokę, na statki wpływające i wypływające z portu, na latarnię morską, na majaczący w oddali Półwysep Helski...

Z drugiej strony skwerek zataczał półokrąg i wcinał się w różany ogród. Latem owady, nęcone zapachem kwiatów bzyczały, mruczały, terkotały, a ptaki urządzały sobie zabawę w chowanego. Ludzie wystawiali twarze do słońca i słuchali tej przedziwnej muzyki. Był to cudowny czas bez MP-3 i innego sprzętu grającego.

Alejka ta zaczynała się drewnianymi schodami prowadzącymi wśród rokitników na górę nasypu, a kończyła łagodnym zejściem, wprost na ścieżkę wiodącą do plaży.

W dole, równolegle do nasypu biegły dwie dróżki. Ta bliżej morza była skromna, cicha, zadumana... Morski piach, niesiony wiatrem i stopami plażowiczów skracających sobie drogę z wydm, wplatał się złotem w jej czarne włosy. Słuchała szumu fal, pozdrawiała róże biegnące zboczem nasypu, rozwieszała pajęczyny, kołysała do snu dzieci w wózeczkach... Druga ścieżka biegła obok bunkrów, wśród łagodnych wzgórz i traw. Tajemnicze wejścia, czarne czeluści, betonowe schodki prowadzące gdzieś w dół, w otchłań... Chłopcy częściej penetrowali te miejsca niż dziewczynki. Czasami, bawiąc się w podchody, zapuszczaliśmy się w głąb, ale wkrótce oblatywał nas strach i wychodziliśmy na zewnątrz. Pewnego razu usłyszeliśmy szczekanie psa dochodzące z bunkrów w pobliżu pomnika. Gdy zajrzeliśmy do środka, zobaczyliśmy małego, rozpaczliwie ujadającego kundelka i nogi wiszące nad ziemią... Natychmiast pobiegliśmy powiadomić dorosłych. Wkrótce przyjechała karetka i milicja. Już nigdy więcej nie mieliśmy ochoty na penetrację tych obiektów.

W parku były jeszcze dwa inne skwery, oba w kształcie koła, otoczone w całości lub części niewysokim żywopłotem i ławkami. W niedzielne, letnie popołudnia urządzano tam zabawy taneczne. Przyjeżdżała orkiestra wojskowa, montowano deski do tańca i park rozbrzmiewał wesołą muzyką. Dzieciarnia ściągała z całego Brzeźna popatrzeć jak dorośli się bawią. Panny w zwiewnych, rozkloszowanych sukienkach fruwały po "parkiecie", a trąbki i puzony błyszczały w zachodzącym słońcu. Tak bardzo chciałam być wtedy dorosła, tańczyć walczyki w ramionach przystojnego marynarza... Niestety, nikt nie prosił do tańca małych dziewczynek z warkoczami.

Tam, gdzie kończyły się bunkry i alejka łagodnie schodziła z nasypu przecinając dróżkę wiodącą na plażę, zaczynała się inna ścieżka, mroczna, zarośnięta, tajemnicza, prowadząca wzdłuż morskiego brzegu na "kamienie". Nie była wysypana żwirem, lecz piaszczysta, nierówna, czasami podmokła. Wiła się wśród gęstwiny drzew i krzewów, aby niespodziewanie wydostać się z parku na wał usypany z wielkich kamieni. Teraz była już tylko wąską ścieżką, biegnącą wzdłuż wysokiego, żelaznego płotu, za którym widać było basen portowy i statki. Plaża została gdzieś w tyle. Fale morskie obmywały omszałe głazy, wieszały na kamieniach morszczyny, trawy i glony, pieniły się, śpiewały... W sztormowe dni z wściekłością i rozpaczą waliły w kamienny nasyp, rozbijając się o nierówne, twarde krawędzie.

Na końcu ścieżki, niedostępny, za wysokim ogrodzeniem znajdował się szpital zakaźny. Tam marynarze podejrzani o jakieś choroby tropikalne odbywali kwarantannę. Był to murowany barak, z oknami wychodzącymi na morze. Widać było stąd wejście do portu, biało-czerwoną latarnię morską stojącą na koniuszku cypla i statki na redzie; te załadowane, ciężkie, z zanurzonymi burtami i puste, smukłe, wysokie... Lubiłam siadać na kamieniach i patrzeć na statki. Świat, ten zamorski, wydawał się tak daleki i nieosiągalny jak kosmos.

Pewnego wiosennego dnia, tuż przed Wielkanocą, Park odkrył przede mną jeszcze jedną swoją tajemnicę. Pokazał mi dolinkę ukrytą wśród dębów, pełną fiołków i kaczeńców. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej feerii żółci i fioletu. Kwiaty tworzyły wśród traw niezwykły kobierzec albo ogromną pisankę. Dęby, jeszcze bezlistne, pochylały się nad nimi w zachwycie.

Park, oprócz piaszczystych wzgórz, miał też podmokłe tereny, porośnięte olchami, gęstymi zaroślami, trawami jaskrawo zielonymi... Mało kto zapuszczał się w tamte strony. Mieszkały tam komary i leśne duszki.


Na skraju parku znajdowała się ukryta wśród drzew bocznica tramwajowa. Czasami, szczególnie latem, tramwaje kończyły tam swój bieg.


Główne wejście do parku znajdowało się tuż za skwerem i przystankiem tramwajowym, obok żółtego domku zwanego "wodociągami". Szeroka alejka prowadziła stąd na płatną plażę. Z daleka widać było drewniane domki łazienek i kasę biletową. W letnie poranki tramwaj przywoził tłumy ludzi z Wrzeszcza i okolic. Co bogatsi szli przez park na plażę, gdzie można było wypożyczyć kabiny (przebieralnie), kosze i leżaki. Inni wybierali dzikie plaże, położone nieco dalej.


Zimą park również był atrakcyjny. Już w listopadzie pojawiał się pierwszy śnieg. Sypał wielkimi płatami, przykrywał grubą warstwą trawy, ścieżki, wzgórza i bunkry, otulał krzewy róż i rokitników, bielił pnie sosen. Z komórek, strychów i składzików wyciągano sanki. W parku były górki o różnym stopniu trudności. Pierwsza z nich, tuż za głównym wejściem, po prawej stronie, służyła maluchom. Druga, nieco dalej, po lewej, była najlepsza. Można było z niej zjeżdżać na dwie strony, tylko należało uważać na drzewa. Niektórzy zjeżdżali stylem klasycznym, na siedząco, inni na brzuchu, jeszcze inni na leżąco, na butach, na spodniach... Jeżeli ktoś lubił efekty specjalne, zjeżdżał na sankach z drewnianych schodów, prowadzących na nasyp. Najwięcej emocji budził jednak zjazd wąską rynną z bunkra na placyk, po drugiej stronie nasypu. Tutaj trzeba było wykazać się refleksem i nie byle jakimi umiejętnościami.

Śnieg w mroźne, zimowe wieczory skrzył się, rozświetlał park. Wracałam do domu jedna z ostatnich, szczęśliwa choć przemoczona, z czerwonymi od zimna policzkami.

W nocy park pogrążał się w ciszy. Nowy śnieg zacierał ślady naszych zabaw.

Poprzednia część Kolejna część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2008 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka