|
TROCHĘ DALEJ OD DOMU
Świat z każdym dniem pęczniał, nadymał się, stawał się większy i większy, a mój dom i ogród były już tylko jego fragmentem.
Brzeźno rozsiadło się na wydmach, z dala od miasta, wsłuchane w śpiew morza, otoczone parkiem, podmokłymi łąkami i niskim, brzozowo-sosnowym lasem. Na tym niewielkim skrawku ziemi mieszkali obok siebie autochtoni mówiący po niemiecku jak i ludność napływowa: Wilniacy ze śpiewnym akcentem, Lwowiacy ze swoim "ta joj", przyjezdni z ubogiej Kielecczyzny, Rzeszowszczyzny oraz inni, ciekawi morza i pracy w portach i stoczniach. Mieszały się tradycje, zwyczaje... a ja nie rozumiałam, dlaczego w święta Bożego Narodzenia do niektórych dzieci przychodzi Mikołaj, do innych Gwiazdor, a do mnie Aniołek. Czemu u nas Wigilia rozpoczyna się barszczem z uszkami, u innych zupą grzybową, a jeszcze gdzie indziej owocową. Różne imiona miały też rzeczy w moim świecie. Dla jednych płaski garnek to był rondel, dla innych rynka a kałatuszkę nazywano tłuczkiem do kartofli. Nawet wiedźmy, diabły i czarownice w każdym domu miały inną nazwę.
Jedna z czarownic zamieszkała w czarnej, okrągłej, żelaznej wieży na końcu ulicy Dworskiej. Nikt jej nigdy nie widział, ale wszystkie dzieci wiedziały, że ona tam jest; straszna, zła, brzydka i rozczochrana. Przechodząc obok skradaliśmy się cichutko, prawie na palcach, a gdy znaleźliśmy się całkiem blisko, zamykaliśmy oczy i z zaciśniętymi powiekami pędziliśmy przed siebie. Dalej zaczynały się łąki i farmy. Za wysokimi, drewnianymi płotami hodowano lisy i nutrie. Nie wiadomo kiedy droga z brukowanej zmieniała się w piaszczystą. Wiła się między gospodarczymi zabudowaniami by połączyć się z aleją Karola Marksa prowadzącą do morza.
Na uboczu, wśród łąk, w pobliżu niewielkiego lasku stał mały, trochę zaniedbany cmentarz. Czasami przychodziliśmy tu na grób maleńkiej siostrzyczki Luśki i Dziuni. Szeroka brama, którą dawniej wjeżdżały karawany zaprzężone w konie była przeważnie zamknięta, wchodziliśmy więc przez małą furtkę w murze. Odkąd brzeźnieńskich zmarłych chowano na cmentarzu w Nowym Porcie, ten powoli popadał w zapomnienie. Na łąkach w pobliżu cmentarza rosły dzikie bratki i niezapominajki. Robiliśmy z nich małe bukieciki i kładliśmy je na grobach.
Na krańcu mojego Świata, za cmentarzem, wśród łąk i rachitycznych sosen stało samotne gospodarstwo. Mieszkały tam dwie dziewczynki z mojej klasy, Marysia Kulig i Stasia Grygiel. Codziennie wędrowały do szkoły przez leśno-polne pustkowia. Późną jesienią, gdy dnie były krótkie musiało być tam ciemno i strasznie. Zimą, gdy tylko spadł śnieg, robiło się jaśniej i weselej. Rzadko zapuszczaliśmy się w tamte strony.
Gdy przychodziły ciepłe, wiosenne dni do Brzeźna zjeżdżał tabor Cyganów. Pojawiali się nagle, kolorowi, hałaśliwi i rozbijali swój obóz na łąkach przy alei Karola Marksa. Przychodziliśmy oglądać ten inny świat, budzący w nas ciekawość a nawet zazdrość. Cygańskie dzieciaki miały więcej swobody niż my, nie chodziły do szkoły i chyba nie musiały się myć przed snem. Tabor składał się z wozów na kołach, przypominających wozy cyrkowe lub towarowe wagony kolejowe. Było ich mnóstwo. Stały w szeregu, jeden przy drugim. Przez rozsunięte drzwi widzieliśmy wnętrza ich "królestwa". W jednym z nich śniady, szczupły chłopiec popisywał się przed nami swoją zręcznością. Skakał po pierzynach i poduszkach bezładnie rozrzuconych w wozie. Z różowych inletów sypały się pióra. Nikt oprócz nas nie zwracał na niego uwagi. Obok wozów kręciły się cyganki w kolorowych spódnicach, śliczne młode dziewczyny i niezliczona ilość małych, gołych, umorusanych dzieciaków. Wszyscy pokrzykiwali do siebie, panował ogólny rwetes.
Cyganie zarabiali chodząc po domach w Brzeźnie i sprzedając patelnie. Ludzie niechętnie wpuszczali ich do środka ale patelnie kupowali wszyscy. Były najlepsze. Na nich nie przypalały się ryby i naleśniki.
Razem z pierwszymi chłodami Cyganie gdzieś znikali...
Czasami nosiło nas w stronę poligonu, na pola i łąki, na Czarną Drogę, gdzie po obu stronach rosły rosochate wierzby, nad stawy pokryte rzęsą... Chłopcy szukali łusek po nabojach i innych militarnych skarbów, dziewczynki jak ptaki, miały swoje skrytki wysoko nad ziemią, w pniach starych wierzb. Przynosiły tam swoje skarby, kolorowe szmatki, skorupy potłuczonej porcelany, barwne szkiełka...
Teraz nie ma Czarnej Drogi i wierzb, została po nich tylko nazwa ulicy: Łozy.
|