|
JESIENNE WIECZORY
Jesienią świat kobiet przenosił się do kuchni. Babcia siadała przy ciepłych kaflach na swoim małym taborecie i grzała zgarbione plecy. Zazwyczaj milczała z rękami złożonymi na podołku, modliła się, albo wracała myślami gdzieś, do ukraińskich pól. Mama rozkładała na kuchennym stole papierowe formy, nici, filc zdobyty niemal cudem i szyła dla nas domowe pantofle. Ja byłam wszędzie. Wdrapywałam się babci na kolana, patrzyłam jak mama mozolnie popycha naparstkiem igłę, pokonując kilka warstw materiału, przebierałam lalki w malutkie ubranka...
Wieczorami elektrownia często wyłączała prąd i całe Brzeźno pogrążało się w ciemności. Wówczas mama zapalała lampę naftową i stawiała ją na stole. Nikły płomień dawał niewiele światła, ale tworzył baśniowy nastrój. Na ścianach pojawiały się rozmazane, długie cienie a z mrocznych kątów wychodziły ciekawskie skrzaty. Cichutko przemykały obok drzwi werandy i chichocząc wpełzały pod kuchenny kredens. Były tak sprytne, że nigdy nie zdążyłam ich dostrzec.
Noc za oknem stawała się czarna i gęsta jak sadza. Wiatr przynosił odległe, głuche pojękiwania morza, targał gałęziami drzew, siekł deszczem o szyby. Co jakiś czas tramwaj przywoził garstkę pasażerów i wypuszczał ich w tę nieprzyjazną noc. Oni przemykali ulicą stukając rytmicznie obcasami o kamienne płytki chodnika. Nasłuchiwałam czy nie nadchodzi z pracy tato lub siostra.
W domu było cicho i przytulnie. Na płycie kuchennej stał garnek z kartoflami i czekał na ich powrót. Mama odrywała się od swojej pracy przy lampie naftowej i toczyła w rękach podłużne, ziemniaczane kluseczki. Pachniały smażoną cebulką. W drugim garnku, pod pokrywką ukrywały się zapachy kapuśniaku, barszczu lub krupniku.
Tato wracał zwykle pierwszy. Stawiał na schodach teczkę, rozbierał płaszcz i buty, potem dokładnie mył ręce. Mama w tym czasie nakrywała do obiadu. Ze stołu znikały filce i formy, a na ich miejsce pojawiały się talerze. Tato powoli jadł zupę przegryzając chlebem.
Nie mogłam doczekać się, kiedy przyjdzie kolej na poobiednią filiżankę herbaty z kostką cukru, bo to oznaczało, że za chwilę weźmie mnie na kolana i zaśpiewa "Szła dzieweczka do laseczka..." albo jakąś lwowską, wesołą piosenkę. Czułam się szczęśliwa i bezpieczna w jego silnych ramionach. Brat zwykle zaszywał się gdzieś w pokoju na górze i namiętnie czytał książki o bitwach morskich. Gdy gasło światło, zawsze miał pod ręką latarkę. Mama narzekała, że psuje sobie wzrok, ale jego pasje brały górę nad rozsądkiem.
Siostra wracała do domu ostatnia, często zziębnięta i przemoczona. Siadała przy stole i wygarniając kromką chleba resztki sosu z rondelka, o czymś opowiadała.
Świat dzieci był znacznie mniej skomplikowany, niż dorosłych. Czasami, w jesienne popołudnia przychodzili do mnie moi przyjaciele z "poczty". Wówczas duży pokój stawał się placem budowy. Z krzeseł, koców i taboretów powstawały domki i namioty. Brat nauczył nas budować kolejki linowe dla lalek. Kleiliśmy z grubszego papieru wagoniki, które jeździły na cienkim sznurku między karniszem do firanek a nogą od krzesła.
Innym razem ja biegłam na "pocztę". Do Ali i Kazika przyjeżdżała w odwiedziny babcia. Dziergała na drutach skarpety i szaliki. Patrzyłam jak zwinnie porusza palcami, a kłębek włóczki staje się coraz to mniejszy i mniejszy. Babcia piekła dla nas jabłka w duchówce. Tak nazywała się skrytka w kaflowym piecu, za metalowymi, ozdobnymi drzwiczkami. Skórka rumieniła się, marszczyła i pachniała sadem. Czasami robiliśmy sobie kogel - mogel z jajek. Ucieraliśmy żółtka z cukrem na białą masę. Należało wytrwać w tym ucieraniu jak najdłużej, nie dać się skusić zbyt wcześnie pysznej słodkości.
Jednak najbardziej lubiliśmy zabawy na dworze. Czekaliśmy z utęsknieniem na pierwszy śnieg, bo w deszczowe, mokre i wietrzne dni mogliśmy oglądać świat tylko przez szyby.
Przynajmniej raz w tygodniu mama zabierała mnie do biblioteki na rogu ulicy Gdańskiej i Emilii Plater. Było to nieduże pomieszczenie z drewnianymi regałami, na których stały książki oprawione w szary papier. Grubsze, cieńsze, wyższe lub niższe, wszystkie w jednakowych okładkach. Dostęp do nich miała tylko pani bibliotekarka, kobieta o surowym wyrazie twarzy i stanowczym głosie. Znała wszystkich czytelników i każdemu umiała wybrać odpowiednią lekturę, lecz nigdy się nie uśmiechała. Mama darzyła ją wielkim szacunkiem. Ja trochę się jej bałam. Do domu wracałyśmy ulicą Gdańską niosąc w siatce powieści Kraszewskiego i wierszyki dla dzieci. Mijałyśmy piekarnię pachnącą chlebem, gdzie w szklanej gablocie leżały lukrowane pączki, tortowe ciastka i ciepłe lody. Dalej była Meduza, restauracja z dancingiem, skąd dolatywał gwar męskich głosów i papierosowy dym zmieszany z kuchennymi zapachami. Jeszcze tylko musiałyśmy minąć przecznicę Korzeniowskiego i spółdzielnię, aby znaleźć się na ulicy Południowej. Szłam radośnie podskakując.
Mama miała w sobie coś z aktorki. Czytanie książeczek przyniesionych z biblioteki zamieniała w spektakl. Grała w nim różne role modulując głos, starannie wymawiając każde słowo, stwarzając odpowiedni nastrój. Była narratorem, brzydkim kaczątkiem z bajki Andersena, Słoniem Trąbalskim, i Czerwonym Kapturkiem. Pewnego dnia zaczęłyśmy razem czytać wierszyki. Najpierw jedną linijkę mama, drugą ja, potem jedną zwrotkę mama, drugą ja. W ten sposób w wieku pięciu lat rozpoczęłam samodzielne wędrówki po świecie książek.
Późnym wieczorem, gdy żar wygasał pod kuchnią i robiło się chłodno, rozchodziliśmy się do łóżek. Leżąc w wykrochmalonej pościeli lubiłam patrzeć w okno i czekać, aż jakiś samochód przejedzie moją ulicą. Zdarzało się to jednak niezmiernie rzadko. Żółte smugi reflektorów oświetlały na moment pokój, przesuwały się wolno po ścianach i suficie, a potem gasły... I znowu wszystko pogrążało się w mroku.
Tato w latach pięćdziesiątych pracował przy odbudowie Opery i Filharmonii Bałtyckiej. Przynosił bilety na wszystkie premierowe przedstawienia. Mama była wniebowzięta. Wyjście do teatru było dla niej świętem. Elegancko się wtedy ubierała, malowała usta, czerniła brwi i wkładała buty na wysokim obcasie. Tato towarzyszył jej z mniejszym entuzjazmem. Pewnego razu zasnął w trakcie spektaklu, głośno chrapiąc, czym mamę doprowadził niemal do rozpaczy. Gdy wieczorami rodzice byli poza domem, zostawaliśmy pod opieką babci.
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia rodzice zabrali mnie z sobą na "Dziadka do orzechów". Siedziałam w pierwszym rzędzie, pośrodku, przy samej scenie, w ślicznej, różowej sukience, z kokardami wpiętymi w warkocze. Orkiestra stroiła instrumenty. Gdy światła na widowni zgasły i podniosła się kurtyna, nagle znalazłam się w cudownym świecie, w miasteczku, gdzie wszyscy przygotowywali się do świąt. Były tam kolorowe domy, gazowa latarnia, dzwoniły dzwoneczki u sań i padał śnieg. W każdym oknie świeciło się światło. Aktorzy przebiegali przez scenę tanecznym krokiem, niosąc sterty pudeł z prezentami. Każde pudło było zawinięte w kolorowy papier i obwiązane szeroką, kolorową wstążką. Śmiali się przy tym radośnie, rzucali śnieżnymi kulkami z waty. A moje oczy stawały się coraz bardziej okrągłe i wielkie, jak spodki. Siedziałam, jak zaczarowana...
Jesienne wieczory miały coś z magii, świat rzeczywisty przeplatał się z baśniowym, a każdy był piękny i dobry.
|