|
LATO W BRZEŹNIE
PLAŻA
Wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem Brzeźno wypełniało się letnikami. Przyjeżdżali pociągami z centralnej i południowej Polski z niezliczoną ilością tekturowych walizek, siatek i paczek. Na ulicach pojawiało się kilka samochodów osobowych, stanowiąc nie lada atrakcję dla dzieciaków z naszej dzielnicy. Chłopcy zaglądali przez szyby oceniając parametry techniczne. Każdy marzył o tym, żeby choć raz przejechać się ulicami Brzeźna.
Do nas rok rocznie zjeżdżali letnicy z Warszawy, małżeństwo z trzema córkami. Zatrzymywali się w pokoikach na pięterku, a my przenosiliśmy się na werandę. Babunia miała swój letni "apartament" w drewnianej szopce, wśród bzów i jaśminów. Tato rozkładał na podłodze bordowe linoleum, ustawiał łóżko i stolik, a różne przedmioty, które miały tam swoje miejsce oddzielał od części mieszkalnej kotarą z grubego koca. W szopce było całkiem spore okienko z widokiem na zarośnięte chaszczami gruzy i psią budę. Taki mały domek zapomnienia.
Ulubionym miejscem "naszych" letników była dzika plaża między Brzeźnem a Jelitkowem, w pobliżu wraków zatopionych w czasie wojny statków. Niewiele osób zapuszczało się tak daleko. Poza tym miejsce to nie było bezpieczne do kąpieli. Z wody wystawały brązowe, przeżarte rdzą szczątki kadłubów i fragment dziobu czy rufy, z nosem zadartym w niebo. Część blach zdążył już przykryć piach naniesiony przez pracowite fale. Pewnego lata przekonała się o tym najstarsza córka letników, Marysia, która tak nieszczęśliwie przecięła sobie stopę zardzewiałym żelastwem, że do końca pobytu nad morzem chodziła o kulach, z nogą w gipsie.
Miejsce to, choć niebezpieczne, było piękne. Wiatr kołysał na wydmach szorstkie trawy, hen daleko widać było łodzie rybackie i szczątki mola w Jelitkowie. W pobliżu uchodziła do morza rzeczka nazywana Rowem Pancernym. Wiosną, nie wiadomo skąd pojawiały się w niej tysiące żab. Wieczorami, gdy ptaki zasypiały w swoich gniazdach, one oddawały się godowym koncertom. Spod kamieni wypełzały nieśmiało brunatne raki, a między wodnymi roślinkami przemykały zwinne kolki. Brzegi Rowu porastało sitowie, z którego pletliśmy czapki i indiańskie spódniczki. Nieliczni plażowicze, którzy docierali do tego miejsca okopywali się w swoich grajdołkach, rozkładali wzorzyste parawany i wystawiali błyszczące od olejków ciała do słońca. Zakochani szukali bardziej intymnych miejsc wśród wydm.
Lato w Brzeźnie było słoneczne, ciepłe i rozkosznie dłuuuuugie. Większość czasu spędzaliśmy na plaży. Również na tej płatnej. Mama Dziuni i Luśki, przyjaciółek z "poczty", pracowała jako kontrolerka biletów przy głównym wejściu na plażę. Znajdowało się ono na końcu parkowej alejki, prowadzącej od przystanku tramwajowego. Idąc czarną, żwirową dróżką wśród smukłych sosen, już z daleka widać było parterowe, drewniane budyneczki łazienek, pomalowane w pastelowe kolory. Alejka wychodziła wprost na kasę, gdzie można było kupić bilet wstępu, wypożyczyć leżak, kosz lub kabinę-przebieralnię.
Na płatną plażę prowadziły wąskie drzwi, za którymi zaczynał się długi, drewniany pomost, biegnący równolegle do linii brzegowej. W środkowej części znajdował się radiowęzeł i pomieszczenie dla ratowników. Młodzi, opaleni i wysportowani chłopcy czuwali nad bezpieczeństwem kąpiących się, przyciągając spojrzenia niejednej panny. Wschodnią część łazienek stanowiły damskie przebieralnie, zachodnią zaś męskie. Od głównego pomostu odchodziły prostopadle w kierunku morza trzy mniejsze pomosty. Na końcu jednego z nich, w tak zwanej męskiej części usytuowano sklepik z napojami i słodyczami oraz bar. Pewnego dnia odkryliśmy, że przez szpary w deskach spadają pod pomost drobne pieniążki nieostrożnych klientów. Odtąd wieczorami chodziliśmy na poszukiwania "skarbów". Czasami udało się znaleźć 20, 50 lub więcej groszy. Biegliśmy potem z cenną zdobyczą do kiosku pana Górnego, na przystanek tramwajowy, po cukierki sprzedawane na sztuki.
Między damskimi łazienkami a parkiem znajdowało się ogrodzone wysokim płotem solarium. Tam, niedostępne dla męskich oczu opalały się nago co bardziej odważne kobiety. Na plaży wśród huśtawek, zjeżdżalni, koszów i leżaków rozkładano jeden przy drugim koce w kratkę i w paski. Z głośników płynęła wesoła muzyka, od czasu do czasu przerywana komunikatami o tym, że zgubiło się jakieś dziecko, albo że zmieniła się pogoda i kąpiel w morzu stała się niebezpieczna.
Najczęściej chodziliśmy jednak na dziką plażę, mniej zatłoczoną i bardziej swojską. Zaczynała się po zachodniej stronie dawnego mola i ginęła hen, na horyzoncie. Po drodze dawała schronienie żółto-czarnym łodziom rybackim, podsuwała wiatru i słońcu sieci do suszenia, witała o świcie rybaków wracających z morza. Zrzucaliśmy z siebie kretonowe sukienki i szorty, wbiegaliśmy z impetem do zimnej wody, chlapiąc i wrzeszcząc na całe gardło. Potem, siadaliśmy zziębnięci na piasku, wyciągaliśmy z papierowych torebek przyniesione z domu pajdy chleba z masłem i kiszone ogórki.
Gdy zrywał się północny wiatr, morze stawało się gniewne i spienione. Wpadało z wściekłością na plażę, rozbijało fale o słupy pomostów, ryczało jak zranione zwierzę. Wciągano wówczas na maszt czarną flagę i wprowadzano zakaz kąpieli. Przenosiliśmy się z naszymi zabawami na brzeźnieńskie podwórka, pełne szopek, komórek, krzaków i zakamarków.
|