|
WYPRAWA NAD KANAŁ PORTOWY
Dzieci z Brzeźna nie wyjeżdżały na wakacje. To wielki i odległy świat przybywał do nas wraz z pierwszymi oznakami lata. Tutaj było wszystko: morze, plaża, park, stawy, las, łąki, pola uprawne i ogrody, ogrody, ogrody... Wystarczyło pojechać tramwajem do Wrzeszcza, na Jaśkową Dolinę, by znaleźć się w górach, albo do Nowego Portu, by zobaczyć prawdziwe, dalekomorskie statki cumujące przy nabrzeżach. W pogodne, letnie dni wędrowałam z przyjaciółmi z podwórka w ten trochę dalszy i tajemniczy świat.
Ulica Ignacego Krasickiego wyprowadzała nas za "miasto" w kierunku Nowego Portu. Z lewej strony ciągnął się brzeźnieński park z rosochatymi sosnami kłaniającymi się wschodzącemu słońcu. Po prawej zaś, wśród bardziej dostojnych drzew stały piękne i tajemnicze domy. Najpierw dwupiętrowa kamienica z werandami, potem willa "doktorki" ogrodzona żelaznym płotem, z wieżyczką i pięknym gankiem, potem, nieco w głębi piętrowy dom, zdobiony elementami z czerwonej cegły. Ostatnim zabudowaniem był nieduży, szary domek otoczony żywopłotem. Za nim zaczynały się ogródki działkowe. Czasami chodziłyśmy tam z mamą i moją chrzestną. Działki od reszty świata oddzielał wysoki, metalowy płot obrośnięty krzakami bzów i jaśminów. Chrzestna dużym, żelaznym kluczem otwierała furtkę do ogrodu i kobiety gawędząc siadały na ławeczce lub schylały się nad grządkami. W ogrodzie poczesne miejsce zajmowała pompa; wysoka, smukła, z wyślizganą, metalową rączką. Podobna do niej stała na skwerze przy ulicy Zdrojowej, albo nieco mniejsza na cmentarzu w Nowym Porcie. Pewnego dnia zniknęła pompa i ogródki, a na ich miejscu wyrósł nowy, wielki dom. Wkrótce wprowadzili się tam studenci.
Za akademikiem ciągnęły się pola uprawne. Jednego roku rosło tam zboże utkane makami i chabrami, innym razem kartofle. Między polami, z dala od ulicy, stały jak rodzynki pojedyncze domy. Żyli w nich okoliczni gospodarze i rodziny kolejarskie. Wśród zbóż, niedaleko łagodnego zakrętu był jeszcze jeden domek, malutki jak chatka krasnoludków. Powiadano, że mieszkała tam tramwajarka. Pewnego dnia również i ten domek zniknął.
Prawą stronę ulicy Krasickiego porastały lipy, tworząc gęsty szpaler. Latem dawały miły cień i pachniały miodem. Z lewej strony, zaraz za parkiem zaczynał się teren portowy. Od ulicy odgradzał go wysoki, metalowy płot w kratkę. Za nim można było dojrzeć basen portowy, magazyny, nabrzeża i przycumowane statki. Czasami widok zasłaniały długie składy pociągów towarowych, zza których dochodziły charakterystyczne odgłosy pracy dźwigów, wózków, szczęk przetaczanych wagonów i pokrzykiwania robotników. Port tętnił życiem.
Równolegle do torów kolejowych biegły tory tramwajowe, łączące Brzeźno z Nowym Portem. W połowie drogi między przystankami, wśród głogów, była mijanka. Nadjeżdżający tramwaj musiał tutaj czekać na drugi, jadący z przeciwka, gdyż jazda odbywała się tylko po jednym torze. Wiosną krzaki głogu pokrywały się białym kwieciem, a jesienią czerwieniły dojrzałymi koralami. Przychodziliśmy napychać buzie głogowymi przysmakami i słuchać odgłosów portu.
Ulica Krasickiego była dłuuuuga, wyłożona zgrabną kostką brukową i kończyła się szlabanem przy stacji kolejki elektrycznej Gdańsk-Brzeźno. Właściwie były tam dwa szlabany. Jeden zabezpieczał przejazd do Nowego Portu, drugi nad kanał. Tuż przed stacją kolejową stał barak mieszkalny, porządny, drewniany, pomalowany jasnozielona farbą. Obok niego wiodła polna droga wprost do kolejarskich domków. Mieszkała tam Terenia, koleżanka z klasy. Codziennie wędrowała tą trasą do szkoły i z powrotem. W pogodne dni przyjemnie było iść drogą pod lipami, ale jesienią, gdy nadciągały ulewne deszcze, lub zimą, gdy trzeba było brnąć w śniegu droga zdawała się nie mieć końca. Marzły kolana w prążkowanych pończochach i policzki smagane wiatrem.
Wędrówki nad kanał portowy urządzaliśmy w ciepłe, słoneczne dni. Czasami zatrzymywaliśmy się na stacji, patrząc na kolejki elektryczne odjeżdżające do Gdańska Głównego. Nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby wybrać się pociągiem do centrum. Z resztą tam był inny, obcy świat.
Pociągi zawsze przyjeżdżały na stację punktualnie. Niebiesko-żółte wagony zatrzymywały się tak blisko krawędzi peronu, że podłoga i peron stanowiły jedną płaszczyznę. Stacja była zadaszona, z budyneczkiem wyłożonym fioletowymi kafelkami. Mieściła się tam kasa biletowa i kiosk, jednak nigdy niczego nie kupowaliśmy. Po prostu nie mieliśmy pieniędzy.
Gdy nie przetaczano wagonów i szlaban był otwarty, mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Wkrótce naszym oczom ukazywał się KANAŁ. Po prawej stronie, przy nabrzeżu cumowały stateczki strażackie. Były to małe jednostki wyposażone w armatki wodne i inne urządzenia do gaszenia pożarów. Dalej widać było magazyny portowe i Zakręt Pięciu Gwizdków. Po lewej stronie stały pilotówki, małe, zwinne, zawsze w pełnej gotowości. Włóczyliśmy się wzdłuż kanału, wypatrywaliśmy statków wchodzących do portu i wypływających w morze. Gdy majestatycznie przepływały obok nas, machaliśmy rękami do marynarzy i pozdrawialiśmy ich krzycząc wniebogłosy. Jedne statki były puste, wynurzone aż po śrubę, inne ciężkie, z burtami ledwo wystającymi nad powierzchnię wody. Płynęły w daleki świat, który znaliśmy tylko z książek. Potem szliśmy nabrzeżem do malutkiego basenu w pobliżu Kapitanatu Portu, gdzie na drobnych falach kołysały się małe łódki i motorówki.
Po przeciwnej stronie kanału, jakby na wyciągnięcie ręki było Westerplatte. Wiedzieliśmy, że tam rozpoczęła się druga wojna światowa. Pozostały po niej ślady; ruiny obiektów wojskowych, wartownie, tablica pamiątkowa... Chłopcy bardziej interesowali się militarnymi pozostałościami od dziewczynek. Jednak wszystkich intrygował położony tam port wojenny. Z daleka widać było nieduże, szare okręty stojące przy nabrzeżu, a za nimi zadbane, parterowe budyneczki. Z otwartych okien płynęły skoczne melodie.
Jedyną szansą by dostać się na drugą stronę kanału były pilotówki. Stawaliśmy więc w miejscu gdzie cumowały i błagalnym głosem prosiliśmy załogę o przewiezienie. W końcu trafiała się okazja, gdy jakiś wojskowy, celnik lub urzędnik portowy udawał się na Westerplatte.
- Wskakujcie i wy wołał kapitan. Nam nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zajmowaliśmy miejsce na pokładzie.
Z półwyspu Westerplatte wszystko wyglądało inaczej. Morze było jakby większe a Kapitanat Portu malutki, Brzeźno wydawało się być gdzieś daleko, że aż nieosiągalne. Czuliśmy się niemal jak Robinsonowie na bezludnej wyspie. Oprócz stojących na warcie żołnierzy z miejscowej jednostki wojskowej, nie spotykaliśmy nikogo. Wędrowaliśmy na plażę, pustą, wymarłą, gdzie sztormowe fale wyrzucały "skarby" w postaci desek, pni drzew, kawałków lin. Marzyliśmy, żeby znaleźć butelkę z listem od jakiegoś rozbitka. Czasami trafiały się płaskie, wypolerowane kamyki, w sam raz do puszczania kaczek, albo małe, złote kruszyny bursztynu.
Część wybrzeża, najbardziej narażoną na niszczącą siłą żywiołu, chroniły sterty kamieni i betonowych umocnień. Morze bezskutecznie próbowało wspiąć się po głazach obrośniętych glonami i mchem. Fale pieniły się, kipiały ze złości, w końcu odchodziły na piaszczyste plaże.
Znaczna część Westerplatte była ogrodzona wysokim płotem i tam nie mieliśmy wstępu. Były to tereny wojskowe, pilnie strzeżone. Na nas, dzieciaków patrzono z przymrużeniem oka. Czasami tylko ktoś do nas zagadał, zapytał skąd jesteśmy.
Gdy nacieszyliśmy się samotnością, innością albo dopadł nas głód, zarządzaliśmy powrót. Wracaliśmy na nabrzeże, dokąd przywiozła nas pilotówka. Czekaliśmy, aż zabierze nas z powrotem. Okazja trafiała się zwykle dość szybko, albo nam się tylko tak wydawało.
Czasami decydowaliśmy się wracać okrężną drogą, przez Nowy Port. Wówczas wędrowaliśmy piaszczystą drogą przez sosnowy, nadmorski lasek do osady Westerplatte. Było tam kilka uliczek. Wśród ogrodów i parkanów stały niskie, wesołe domy. Niektóre z nich miały drzwi dzielone w poprzek na pół. Można było otworzyć tylko górną część, jak okno. W Brzeźnie takich nie było. Stąd już tylko krok dzielił nas od promu na drugą stronę kanału. Mieszkańcy Westerplatte korzystali z niego w drodze do pracy i do kościoła.
Do domu wracaliśmy pieszo ulicą Oliwską. Mijając szlaban przy stacji kolejki elektrycznej, przyspieszaliśmy kroku. Ufff.... znowu byliśmy w naszym Brzeźnie.
|