Nowości na stronie

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

KOŚCIÓŁ

Kiedy kościół pojawił się w moim Świecie, nie pamiętam. Może był od zawsze, tak jak Dom i Ogród? Prowadziły do niego trzy drogi; dwie nieutwardzone, czarne, wyboiste, z kałużami po wiosennych burzach oraz trzecia, brukowana kocimi łbami, obsadzona szpalerem drzew, tętniąca życiem.

Kościół miał za patrona świętego Antoniego i stał na skraju mojego Świata. Za nim rozciągały się już tylko podmokłe łąki i nieużytki, zamknięte niewysoką ścianą nadmorskiego lasku. Bryła świątyni górowała nad niską zabudową Brzeźna. W południe, ze smukłej wieży, niósł się ponad dachami dźwięk dzwonu wzywającego na Anioł Pański.

Na dziedzińcu i wokół kościoła stały rozłożyste kasztanowce. Pilnowały odwiecznej ciszy świętego miejsca. Latem rzucały miły cień, dawały schronienie ptakom, jesienią zaś składały dary z żółtobrązowych liści i kolczastych owoców.

Główne wejście znajdowało się w zachodniej części świątyni. Prowadziły do niego betonowe schodki w kształcie amfilady i wysokie, dwuskrzydłowe drzwi. W ciepłe, pogodne dni otwierano oba skrzydła, a wówczas chylący się dzień napełniał wnętrze kościoła pomarańczowym światłem.

W nawie głównej, szerokiej i przestronnej, stały dwa rzędy długich, brązowo-bordowych ławek z wysokimi oparciami i półeczkami na modlitewniki. Każda ławka wykończona byłą zaokrąglonymi boczkami, nadającymi wnętrzu miękkość i łagodność. Pod półeczkami, w odpowiednich odstępach przymocowane były metalowe haczyki na torebki i męskie nakrycia głowy.

Zarówno sklepienie jak i posadzka w kościele były w kratkę. Ta u góry, podobna obłokom, lekka, symbolizująca niebo, na dole zaś, na przemian ciemna i jasna, jak ludzkie życie.

Nawę główną od bocznych oddzielały prostokątne filary spięte łukami. Wysoko, pod sklepieniem fruwały namalowane anioły w pięknych szatach, ale z bosymi stopami. Jeden z nich trzymał w ręku lilię.

Boczne nawy były wąskie, z rzędem jednoosobowych ławek przytulonych do ściany, podobnych do tych w nawie głównej. Dzieciom nie wolno było w nich siadać. Może dlatego, że od nie ogrzewanych, grubych murów ciągnęło wilgocią i przejmującym chłodem?

W kościele pokutowały jeszcze relikty przeszłości w postaci podziału przestrzeni na tę dla mężczyzn i kobiet. Z lewej strony siedzieli mężczyźni. Z bocznego ołtarza spoglądał na nich Pan Jezus naturalnych rozmiarów, w biało-czerwonej szacie. Długie włosy opadały mu na ramiona. Miał surową, a może tylko zatroskaną minę. Jedną ręką wskazywał na swoje serce, drugą na zgromadzonych wiernych.

Symetrycznie, po stronie dla kobiet, w identycznym ołtarzu stała pokornie skłoniwszy głowę Najświętsza Maria Panna z dzieciątkiem na ręku. Miała śliczną twarz i koronę na głowie. Jej szaty, błękitne jak niebo układały się w miękkie fałdy.

Ołtarz główny znajdował się w półokrągłej absydzie oddzielonej od nawy głównej szerokim łukiem, niczym bramą i drewnianymi balaskami, podpierającymi wąską półkę symbolizującą stół z wieczernika. Do balasek przymocowano biały, wykrochmalony i wykończony koronką obrus. Przed eucharystią ministranci nakrywali stół Pański tym obrusem, a wierni klękali przy nim oczekując z nabożeństwem na komunię św.

Z prawej strony absydy, wysoko, ponad głowami wiernych wznosiła się drewniana ambona. Ksiądz Głombiowski każdej niedzieli z trudem wspinał się po wąskich schodkach, by objąć wzrokiem swoją trzódkę i wygłosić kazanie. Msze odprawiano po łacinie, jedynie homilie były zrozumiałe dla wszystkich.

Ołtarz główny był śliczny. Cały biały i złoty, jak niebo. Po środku znajdował się okrągły obraz przedstawiający męską postać w brązowym habicie, z krzyżem w ręku i zamkniętą księgą. Z obłoków spływało ku niemu Dzieciątko Jezus. Na szczycie ołtarza, na pozłacanych obłoczkach siedziały malutkie aniołki. Kościół pachniał kadzidłem i tajemnicą. Z sufitu zwieszały się wspaniałe żyrandole, a na wprost tabernakulum malutka, cudowna lampka wieczna świeciła mrugającym, czerwonym światełkiem.

Nawa boczna, ta od strony kobiet miała dwie przybudówki. W jednej z nich, niczym w otwartej muszli stała nieduża figurka Matki Bożej, w bieli i błękitach, z koroną na głowie. Każdego roku, na Boże Narodzenie wprowadzała się tam cała Święta Rodzina, z osiołkiem, owieczkami, wołem... Potem zjawiali się Trzej Królowie z darami. A my staliśmy w zachwycie i patrzyliśmy, patrzyliśmy, patrzyliśmy...

Druga przybudówka była małą kruchtą, w której znajdowało się boczne wejście do kościoła. Na ścianie, tuż przy drzwiach wisiała kamienna miseczka ze święconą wodą, wypolerowana przez lata rękami wiernych. Zimą zamarzała w niej woda, tworząc małą ślizgawkę. Kościół był otwarty cały dzień. Zawsze można było wstąpić tu na modlitwę.

Do jednego z filarów, po "damskiej" stronie kościoła przymocowany był gruby sznur zwisający ze sklepienia. Przed każdą mszą św. a także codziennie, punktualnie w południe pan kościelny odwiązywał sznur i pociągając rytmicznie za jego koniec wprawiał w ruch dzwon na kościelnej wieży. Czasami, z okazji jakiegoś święta pozwalał czynić to ministrantom. Chłopcy, najczęściej dwóch naraz, łapali sznur i na przemian to ciągnęli z całej siły w dół, to puszczali gwałtownie śmiesznie przy tym podskakując. Dzwon posłusznie wybijał tony, które niosły się hen, daleko, po krańce Brzeźna i jeszcze dalej, na łąki przylegające do lotniska, na pola i na morze.

Mama zawsze siadała w kościele po "męskiej" stronie. Nie wiem czy z przekory, czy z innego powodu. Modliła się żarliwie, z przymkniętymi oczami, trochę teatralnie przechylając głowę. Zawsze elegancko ubrana, w kapeluszu i w rękawiczkach na spracowanych dłoniach, jakby wyjęta z przedwojennych magazynów mody. Siedziałam obok niej. Patrzyłam na anioły, te kolorowe, wysoko, pod sklepieniem i te malutkie, uśmiechnięte, siedzące na ołtarzu głównym.

Obok kościoła stała duża, rozległa plebania, zbudowana częściowo z kamienia. W dolnej części, z wejściem od ulicy Dworskiej była salka katechetyczna. Tam zbieraliśmy się na lekcjach religii. Wzdłuż plebani przebiegał rów melioracyjny z wodą, który odgradzał teren kościoła od podmokłych łąk i zabudowań gospodyni proboszcza, pani Ziemskiej.

Wielkim wydarzeniem w parafii była uroczystość Bożego Ciała. Już wiele dni naprzód dziewczynki zbierały się po wieczornym nabożeństwie na próby sypania kwiatków. Przynosiły koszyczki płatków łąkowych kaczeńców, koniczyny, dzikiej róży i bzu. Dorośli budowali ołtarze na ulicach Brzeźna. Jeden z nich stał obok naszej posesji, na placyku, naprzeciwko poczty. Najpiękniejsza Na Świecie Brzoza zwieszała swe delikatne gałązki, kłaniając się Panu.

Procesja szła ulicą Pułaskiego, Południową, Korzeniowskiego i Dworską. W oknach stały święte obrazy i bukiety kwiatów, ogródki i podwórka lśniły czystością. Nagle znikały gdzieś zardzewiałe obręcze, druty, chwasty, linki z suszącą się bielizną... Brzeźno rozbrzmiewało dzwoneczkami i nabożnymi pieśniami, w powietrzu unosił się zapach wiosny zmieszany z zapachem kadzidła.

Jakże zupełnie inną procesją były pogrzeby. W moim Świecie ludzie nie umierali zbyt często. Pogrzeb był więc wielkim wydarzeniem. Po mszy św. żałobnej ruszał pieszy kondukt na cmentarz w Nowym Porcie. Niesiono żałobne chorągwie, szli ministranci z krzyżem i ksiądz we fioletowych szatach, a za nimi wolniutko jechał karawan zaprzężony w konie. Na końcu szła rodzina i liczni mieszkańcy Brzeźna. Koła karawanu podskakiwały na kocich łbach, terkotały, konie stukały kopytami, wybijając równy rytm. Ulicami niosła się pieśń:


"Dobry Boże, a nasz Panie,
Daj mu wieczne spoczywanie"


Kondukt, podobnie jak procesja Bożego Ciała, przechodził koło mojego domu i kierował się na ul. Ignacego Krasickiego. Potem szedł wzdłuż parku i nabrzeża portowego, mijał pola, przejazd kolejowy i koszary na ul. Oliwskiej.

Pewnego dnia odjechał ostatni karawan... Anioły z brzeźnieńskiego kościoła też gdzieś odleciały... Może do nieba? Zabrały ze sobą ławki, starą ambonę, okrągłe balaski... i proboszcza, siwiutkiego jak gołąbek.

Poprzednia część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2008 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka