Nowości na stronie

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

Brzeźnieńskie Wigilie...

Święta Bożego Narodzenia miały w sobie niezwykłą magię. Ich przedsmak czuliśmy dużo wcześniej, zanim usiedliśmy do wigilijnego stołu.

Najpierw w domu pojawiała się żywa indyczka. Mama tuczyła ją kluskami z gotowanych kartofli. Na dachu werandy czekała na swoje entre choinka spętana sznurkiem. Piwnica powoli zapełniała się różnymi smakołykami. Tuż przed świętami wprowadzały się do balii z wodą dwa żywe karpie. Tato, w swojej teczce przywoził z Maraski we Wrzeszczu słodycze; czekolady, batoniki, pomadki, cukierki w kolorowych papierkach, a także zwykłe, skromne iryski, które zawijaliśmy w ozdobne bibułki i wieszaliśmy na choince. W domu zaczynały się generalne porządki, pastowanie i froterowanie podłóg, szorowanie schodów, mycie lamperii... Potem przychodził czas na kąpiel. Na płycie węglowej, w wielkim kotle grzała się woda, a kuchnia zamieniała się w łaźnię. Przynoszono z komórki dużą, ocynkowaną wannę i każdy po kolei do niej wchodził. Ja, będąc najmłodszym dzieckiem miałam przywilej pierwszeństwa. Cudownie było leżeć w ciepłej wodzie, zanurzać się razem z głową i wydmuchiwać bąbelki powietrza. Potem, ubrana w ciepłą, flanelową koszulę nocną zasypiałam w świeżej, wykrochmalonej pościeli.

Świąteczne przygotowania działy się dotąd jakby ukradkiem, mimochodem, by w Wigilię nabrać rozmachu. Od rana czuło się niezwykłość tego dnia. Mama z babcią cały czas spędzały w kuchni, uwijając się wśród garnków, misek i talerzy.

Grudzień był zwykle śnieżny i mroźny... Wcześnie zapadał zmrok i tylko śnieg rozjaśniał świat. Nieliczne latarnie, wiszące na drewnianych słupach kołysały się, dając mdłe, żółtawe światło. Brałam sanki i wychodziłam na przystanek tramwajowy oczekując taty. Jego powrót z pracy oznaczał ubieranie choinki. Choinka w naszym domu zawsze była smukła i wysoka, sięgająca sufitu. Musiała zmieścić się między ścianą i tapczanem. Tata własnoręcznie zrobił elektryczne lampki. Były to podłużne żarówki na długim kablu przystosowane do napięcia 220 V.

Gdy choinka rozbłysła światłem, przystępowaliśmy do jej ubierania. Tato otwierał wielki karton ze skarbami. Był w nim szklany szpic z papierowym aniołkiem, bombki przeróżnych kształtów i kolorów przywiezione jeszcze ze Lwowa; srebrne szyszki z imitacją śniegu, muchomorki, sowa z czerwonymi oczami, bocian na jednej nodze, kule z ozdobnymi szlaczkami i środkami... łańcuch z kolorowego papieru, mieniące się anielskie włosy... cuda!

Choinka intensywnie pachniała lasem i żywicą, stół nakryty białym obrusem czekał na wigilijne potrawy, na barszcz z uszkami, karpia w sosie cebulowym, pierogi, kompot z suszonych owoców, makowce, serniki, bułkę drożdżową i kutię. Nie mogło zabraknąć wiśniowej nalewki mojej babuni. Gdy wszystko było gotowe, wypatrywaliśmy Aniołka. W wigilijny wieczór przynosił prezenty i zostawiał je pod choinką. Bardzo chciałam go zobaczyć, więc cały wieczór tkwiłam z nosem przy szybie. Niestety, rok rocznie prześladował mnie pech. Właśnie wtedy, gdy nadlatywał od strony ogrodu dzwoniąc srebrnym dzwoneczkiem, musiałam akurat wyjść do kuchni, zapleść warkocze albo pomóc w czymś mamie lub babci. Najwięcej szczęścia miał Tato. On zawsze pierwszy wypatrzył na niebie Aniołka, otwierał okno, wołał mnie... ale zanim przybiegłam, Aniołek znikał. Jeszcze miałam w uszach dźwięk dzwonka, jeszcze Tato machał mu ręką na pożegnanie... Kiedyś nawet wydawało mi się, że widzę jego długą, białą szatę za jabłonią w sadzie, a może to tylko śnieg srebrzył się na gałęziach?

Chłód zimowego wieczoru natychmiast wdzierał się do pokoju i trzeba było zamykać okno. Za każdym razem wierzyłam, że w następnym roku na pewno spotkam mojego Aniołka. Prezentów nie wolno było oglądać przed kolacją. Leżały więc sobie pod choinką, szczelnie zapakowane w papier. Tylko kot mógł buszować wśród paczek. Ale on był bardziej zainteresowany bombkami. Przewracał się na grzbiet, trącał je łapkami, próbował ściągnąć którąś na podłogę. U nas nie było zwyczaju dzielenia się opłatkiem. Tato, jako głowa rodziny, składał każdemu z osobna życzenia, rozdzielając opłatek z miodem. Po tej ceremonii można było dopiero rozpocząć kolację wigilijną. Byłam chyba grzeczną dziewczynką, bo co roku dostawałam wspaniałe prezenty; lalki, które otwierały i zamykały oczy, wózek z żółtymi szybkami i rozsuwanym dachem, pluszowe misie, małpkę... Tato znał chyba wszystkie kolędy. Lubiłam zasypiać słuchając jak gwiżdże lub śpiewa: "Jak miła to nowina, mów gdzie jest ta Dziecina..."


W święta odwiedzałam z siostrą gdańskie kościoły. Były tam piękne szopki, niektóre nawet ruchome. Patrzyłam urzeczona jak w oknach miniaturowych chatek zapalały się światełka, dzieci zjeżdżały z górki na saneczkach, dzwoniły dzwoneczki, pastuszkowie kłaniali się Dzieciątku w stajence...

Mróz czerwienił nosy, szczypał w policzki, marzły nam koniuszki palców, gdy wracałyśmy po zmroku do domu. Najpierw jechałyśmy ósemką, a potem przesiadałyśmy się na piątkę. Tramwaj do Brzeźna kursował ul. Chrobrego. Wkrótce za skrzyżowaniem z ul. Kościuszki zaczynały się łąki, cmentarz i lotnisko. Miasto zostawało za nami. Gdzieś daleko, po lewej stronie na horyzoncie paliły się pojedyncze światełka. Z prawej zaś jakiś czas towarzyszyły nam mieszkalne baraki. Potem wjeżdżaliśmy w całkowitą ciemność.

Od przystanku tramwajowego przy Zdrojowej miałyśmy już tylko kilka kroków do domu. A tam... był ciepły piec, pachniała choinka i drożdżowe ciasto.

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2008 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka