|
Wspomnienia Powojenne Zbigniew Szymański
Brzeźno - dzielnica Gdańska, w której panowała rodzinna atmosfera
Brzeźno na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, patrząc na jego plan, przypominało kształt prostokąta. Granicznymi ulicami były:
- od północy ulica Brzeźnieńska
- od wschodu ulica Gdańska
- od południa ulica Sternicza
- od zachodu ulica Dworska
W tym przypadku mam na myśli ulice zabudowane.
Była to dzielnica, która żyła jakby swoim życiem, swoimi problemami. Była okolona laskami, małymi stawami, poprzecinana rowami melioracyjnymi i jedynym połączeniem z innymi dzielnicami Gdańska była linia tramwajowa nr 5 biegnąca od zajezdni w Nowym Porcie przy ulicy Władysława IV do przystanku końcowego we Wrzeszczu przy ulicy Libermana (aktualnie Waryńskiego).
Większość mieszkańców dojeżdżała do pracy w porcie na terenie pobliskiego Nowego Portu oraz odległych stoczni. W pobliżu plaży nad zatoką, w parterowych domkach mieszkali przeważnie rybacy, u których zawsze można było zaopatrzyć się w świeżą rybę. Przeważały śledzie, flądry i dorsze. Co kilka dni stara, chuda rybaczka ciągnęła ulicami dużą, płaską skrzynię na dużych kołach i krzyczała: Rhyby! Rhyby!Rhyby! Wówczas niektóre kobiety wychodziły ze swoich mieszkań i dokonywały zakupów ryb bezpośrednio z tego ruchomego sklepu. Głównymi miejscami spotkań mieszkańców były:
- kościół św. Antoniego na rogu ulic: Dworskiej i Wczasy
- park w północno-wschodniej części
- oczywiście plaża nadmorska
Innymi miejscami, gdzie mieszkańcy chcąc nie chcąc widywali się nawzajem to:
- sklep spożywczy U Michałowskiego na rogu ulic Cichej i Północnej
- piekarnia wraz ze sklepem, rzeźnik wraz ze sklepem oraz sklep spożywczy nazywany Spółdzielnią przy ulicy Gdańskiej. Ponadto na rogu ulic Korzeniowskiego i Gdańskiej czynna była jedna restauracja U Dariusza z dancingiem. Na rogu ulic Pułaskiego i Południowej znajdowało się przedszkole o pięknej nazwie Biały Żagiel, na rogu ulic Północnej i Łamanej Szkoła Powszechna nr 20, a na rogu ulic Gdańskiej i Sterniczej, w pięknej willi znajdowała się Szkoła Zegarmistrzowska. Warsztaty tej szkoły mieściły się przy ulicy Mazurskiej, naprzeciw wylotu ulicy Orlej, a burska na rogu ulic Gdańskiej i Uczniowskiej w małym domku z czerwonej cegły. Po przekątnej skrzyżowania ulic: Gdańskiej i Uczniowskiej, naprzeciw bursy znajdowało się gospodarstwo rolne. Trzeba tu nadmienić, że wiele mieszkańców hodowało krowy, świnie i inne drobne zwierzęta oraz ptactwo. Wśród mieszkańców nieliczni parali się transportem konnym przy odbudowie miasta. Jeden z mieszkańców - pan Dajnowski dowoził węgiel do mieszkań wozem konnym. Był to krępy mężczyzna o wyglądzie górnika, gdyż zawsze był pokryty pyłem węglowym. Przy ulicy Emilii Plater mieszkał i jednocześnie pracował Gazeciarz o nazwisku - Kołodziejski. Mieszkanie jego to w zasadzie jedna z wielu murowanych komórek postawionych w jednym ciągu. Całe mieszkanie założone było różnymi gazetami. Sprzedawał prasę w swoim mieszkaniu oraz dostarczał ją na zamówienie bezpośrednio do mieszkań.
Atmosfera była rodzinna. Prawie wszyscy się znali, jeżeli nie z nazwiska, to na pewno z widzenia. Można by powiedzieć, że każdy wiedział, co się u sąsiada gotuje.

Plan Brzeźna

W tle czoło prezbiterów kościoła św. Antoniego - na pierwszym planie od lewej: 1. Heniek Skwara, 2. Dzidek Zając, 3. Zbyszek Szymański (autor), 4. Julek Baran. Fot. z ok. 1952 r.

W tle, w prawej górnej części widoczna jest wieża kościelna tak zwana dzwonnica kościoła św. Antoniego - na pierwszym planie mój ojciec, Marian Szymański na ulicy Wczasy. Fot. z ok. 1952 r.

Park w Brzeźnie. Siedzę na ławce wraz z ciocią i wujkiem z Leszna. Fot. z ok. 1956 r.

Plaża w Brzeźnie. Lata 50-te XX wieku
Ojciec mój przybył do Gdańska celem podjęcia pracy w charakterze muzyka, dokładnie 26 czerwca 1946 roku. Po przyjeździe grał w różnych lokalach gastronomicznych - rozrywkowych. Między innymi zatrudnił się u pana Szawłowskiego, właściciela kawiarni-restauracji Dariusz w Brzeźnie na rogu ulic Gdańskiej i Korzeniowskiego.

W jednej z takich komórek mieszkał i pracował Gazeciarz, p. Kołodziejski. Fot. obecny stan
Nad narożnym, półokrągłym, parterowym budynkiem znajdował się taras. Lokal wewnątrz był połączony przejściem z nieczynną kręgielnią (późniejszą świetlicą osiedlową), do której oficjalne wejście prowadziło od ulicy Korzeniowskiego. Obok tarasu znajdowały się pokoje hotelowe tego lokalu. W jednym z nich tymczasowo zamieszkał mój ojciec z kolegami. Był to 5-cioosobowy zespół muzyczny:
- Stasz Eberhard - fortepian
- Pilc Antoni - kontrabas
- Sztukowski Sylwester - skrzypce/trąbka
- Malinowski Jan - saksofon/klarnet
- Szymański Marian - perkusja
W jakiś czas później pana Malinowskiego zastąpił Dyrzewski Stanisław.

Na zdjęciu od lewej: pan Stasz, mój ojciec i pan Dyrzewski na tarasie. Fot. z 1946 r. W głębi widoczna jest wieżyczka budynku, w którym znajdował się sklep spożywczy, nazywany potocznie Spółdzielnią.

Na zdjęciu narożny, półokrągły, parterowy budynek wraz z tarasem na górze - były lokal U Dariusza. (Fot. obecny stan)

Na zdjęciu - parterowy budynek z frontową ścianą koloru różowego - to była kręgielnia, późniejsza świetlica osiedlowa.
(Fot. obecny stan)

Na zdjęciu budynek, w którym znajdował się sklep zwany Spółdzielnią. Wejście i boczne okna wystawowe należą do SKOK Stefczyka. Fot. obecny stan
W wolnym czasie ojciec mój wraz z kolegami zwiedzał Gdańsk, a szczególnie teren, na którym mieszkał, to jest Brzeźno i okolice.

Na zdjęciu - na plaży w Brzeźnie od lewej: Mój ojciec, pan Ryszard Dzierzbicki oraz pan Stanisław Dyrzewski. Fot. z 1946 r.

Zdjęcie przedstawia trzech kolegów, muzyków "moczących nogi w morskiej wodzie"; od lewej: mój Ojciec, Pan Pilc Antoni i Pan Dyrzewski Stanisław. Fot. z 1946 r.
Był to okres bezpośrednio po wojnie. Było to szczególnie widoczne na terenie Gdańska i jego dzielnic.
Wschodnia część parku w Brzeżnie zapełniona była różnym zniszczonym sprzętem wojskowym. Nieliczne budynki w Brzeznie były zniszczone w wyniku działań wojennych. Na niektórych widniały ślady po seriach karabinów maszynowych. Idąc brzegiem plaży z Brzeżnz do Jelitkowa, na wysokości obecnego mola, przy samym brzegu wbity lewą burtą w piasek stał zniszczony okręt wojenny.
Sprawiał ponure wrażenie, jeszcze nie dawno uwijali się na nim marynarze, dziś stanowił bryłę zardzewiałego złomu stalowego. Część pomiędzy śródokręciem a rufą miał zniszczoną prawie do stępki.Fale przelewały się przez wręgi.

Na zdjęciu, na tle wraku okrętu wojennego stoją od lewej: P. Stasz, P. Pilc, P. Dyrzewski i mój ojciec. Fot. z 1946 r.
Latem 1946 roku w odwiedziny do mojego ojca przyjechała moja Matka. Podczas jej pobytu, na początku sierpnia miał miejsce strajk dokerów w Nowym Porcie. Polała się krew, zginęli ludzie.

Na zdjęciu oboje na rogu ulicy Białej w pobliżu Wajdeloty koło wiaduktu kolejowego w Wrzeszczu. Fot. z 1946 r.
Kiedyś latem w/wymieniony zespół muzyczny grał w lokalu u Dariusza. Pod oknami zbierała się duża grupa starszych i młodszych wiekiem mieszkańców Brzeżna, posłuchać grających i przyglądać się przez okna tańczącym parom.
Aby jeszcze uatrakcyjnić swoje występy, jeden z grających muzyków wchodził z tarasu na jedno z pobliskich drzew i tam ukryty grał na trąbce. W międzyczasie ojciec mój postanowił zostać na stałe w Gdańsku, więc przez kwaterunek załatwił sobie 2-pokojowe mieszkanie na poddaszu przy ul. Emilii Plater. Zanim jednak otrzymał je z kwaterunku, ktoś przekazał mu informację, że to mieszkanie będzie w niedługim czasie zwolnione. Udał się więc do lokatora tego mieszkania i podczas rozmowy, i oczywiście za pewną sumę pieniędzy zaklepał sobie to mieszkanie. Następnie w momencie opuszczenia go przez lokatora odebrał od niego klucze i szybko załatwił formalności w kwaterunku. Mieszkanie było całe zapluskwione. Zgodnie z radą sąsiadki z parteru pani Jadwigi Filipczyk wysypał wnętrze proszkiem DDT. Była to silna i niebezpieczna trucizna. Następnie mieszkanie zamknął dokładnie na trzy dni. Trucizna była tak skuteczna, że ani jedna pluskwa nie przeżyła.
Kiedy więc miał już całe mieszkanie wysprzątane, któregoś dnia zapukał obcy mężczyzna. Z miejsca zapytał ojca - co pan robi w moim mieszkaniu? Ojciec zdziwiony odpowiedział, że to jest jego mieszkanie, poczym pokazał mu decyzję i zameldowanie. Mężczyzna bardzo się zdenerwował i oświadczył, że ten poprzedni lokator to jego kolega, który od niego pobrał również pewną sumę pieniędzy za zaklepanie mieszkania, no i szybko wyjechał w Polskę.
W dniu 14.09.1947 roku moja matka Eugenia wraz ze mną przyjechała do Gdańska. Ojciec czekał na nas na stacji w e Wrzeszczu. Z przejazdu z Wrzeszcza do Brzeżna, przypominam sobie przykre wrażenie jakiego doznałem już jako dziecko, widząc naprzeciw cmentarza ZASPA przy ulicy Chrobrego, kompleks drewnianych baraków otoczonych ogrodzeniem z drutów kolczastych. W póżniejszym wieku kojarzyłem to miejsce z jakimś obozem koncentracyjnym. Podobny "obóz" widziałem również w tzw.Gdańsku-Narwiku przy ulicy Marynarki Polskiej.

Na zdjęciu widoczne są dwa okienka naszego mieszkania na poddaszu. Na pierwszym planie od lewej: mój Ojciec, moja Matka i koledzy: Dzidek Zając, Heniek Skwara i Julek Baran. Fot. z 1952 r.

Zdjęcie przedstawia aktualny zewnętrzny stan budynku po 56 latach od wykonania górnego zdjęcia. Brak jest czarnego bzu, który rósł przy ganku, oraz kasztana, którego liście widnieją na zdjęciu wyżej.

W dolnej partii zdjęcia widoczna jest południowa strona dachu oraz od lewej drugie i trzecie okno na poddaszu. Obecnie jest widoczne nowe czwarte okno wybite w czasie póżniejszym i już w innym stylu. Fot. obecny stan
Ojciec mój przywiózł ze sobą odbiornik radiowy, lampowy produkcji niemieckiej o nazwie MENDE. Na strychu, nad naszym mieszkaniem zorganizował sobie miejsce, w którym wywoływał filmy i robił amatorskie zdjęcia. W tym też miejscu miał w/w odbiornik, do którego antenę przymocował do belki biegnącej w najwyższym miejscu wzdłuż budynku. W tym okresie Brzeźno objeżdżały od czasu do czasu samochody wojskowe z tzw. "pelengatorem". Kiedy miał słuchać audycji w języku polskim z Londynu wówczas wysyłał mnie na podwórko, abym bawiąc się zwracał uwagę na taki samochód i natychmiast go zawiadamiał.
Było to stare radio, które się ciągle psuło, więc je w ramach własnych możliwości naprawiał, ale trudno w tym czasie było dostać jakieś części, a szczególnie lampy. Charczało, trzeszczało, ojciec, który był bardzo nerwowy kopał ścianki tego radia i o dziwo nieraz po takim kopnięciu słychać było głos: tu mówi Londyn.
Nieraz całą rodziną słuchaliśmy audycji dwóch baciarów lwowskich: Tomcia Szczepcie, którzy bałakali ze sobą opowiadając zabawne historyjki i dowcipy.

Na tym niezbyt wyrażnym zdjęciu po lewej stronie widoczny jest odbiornik radiowy MENDE. Z prawej własnej konstrukcji pudełko ze specjalnymi żarówkami przy robieniu zdjęć. Fot. z ok. 1950 r.
Kiedy przyjechaliśmy w 1947 roku do Brzeźna rodzice postanowili oddać mnie do przedszkola, znajdującego się na rogu ulic Pułaskiego i Południowej. Chodziłem tam przez trzy lata. Już nie pamiętam czy w tym czasie miało jakąś nazwę, czy póżniej nazwano je Biały Żagiel. Jedno jest mi wiadomo, że podlegało póżniej pod Caritas. Pamiętam trzy opiekunki:
- pani Zosia Zawadzka - była więżniarka Oświęcimia za to, że brała podobno udział w Powstaniu Warszawskim, Niemcy robili na niej zbrodnicze doświadczenia, bardzo łagodna,
- pani Agnieszka - w okularach, surowa,
- pani Katarzyna - kucharka, wysoka, chuda, nie widziałem nigdy żeby się uśmiechała.
Te dwie ostatnie chodziły w popielatych fartuchach z białymi kołnierzykami i na głowie nosiły popielate czepki. Ubrania te były zawsze idealnie czyste i wykrochmalone. W tym czasie zaprzyjaźniłem się z czterema rówieśnikami, trzema mieszkającymi przy ul. Emilii Plater : Heńkiem Skwarą pod nr. 25 B, Dzidkiem Zajacem pod nr. 27 i Julkiem Baranem pod nr. 33 A, oraz czwartym - Kazikiem Jarmuszczakiem, mieszającym na południe od ulicy Sterniczej w małym czerwonym domku, położonym nad małym, płytkim stawem okolonym drzewami. Latem staw ten podczas upałów wysychał i wówczas ukazywała się płytka niecka porośnięta trawą i sitowiem. Jesienią ponownie napełniał się po deszczach wodą gruntową. Jednak ze względu na jego płytkość nie stanowił zagrożenia pod względem utopienia. Zimowa porą niewielka ilość wody jaka występowała w tym stawie całkiem zamarzała i stanowiła wspaniałe lodowisko. Na tym naturalnym lodowisku duża część młodzieży młodszej i starszej ślizgała się na łyżwach. Lód uginał się pod ciężarem ślizgających się i trzeszczał, ale nigdy się nie załamał.

Na zdjęciu budynek, w którym mieściło się moje Przedszkole w latach 1947-1950. Fot. stan obecny

Na zdjęciu przejście z ul. Emilii Plater na ul. Sterniczą pomiędzy budynkami nr. 23 i 25. Tym przejściem chodziliśmy poślizgać się na stawku lub pograć w piłkę obok na prowizorycznym boisku. Fot. stan obecny

Czerwony domek, w którym mieszkała Rodzina Kazika Jarmuszczaka. Fot. stan obecny

Na zdjęciu za bramą widoczny jest przejazd do komórki lub garażu. W tym miejscu w latach 40 i 50-tych XX wieku istniała scieżka, którą się przechodziło z ul. Sterniczej obok "Czerwonego Domku" nad sam stawek. Fot. stan obecny

W tej pięknej willi stojącej na rogu ulic Gdańskiej i Sterniczej w latach 50-tych XX wieku mieściła się Szkoła Zegarmistrzowska. Fot. stan obecny

Budynek, w którym mieściły się warsztaty szkoły zegarmistrzowskiej w latach 50-tych XX wieku. Przy ul. Mazurskiej na przeciw wylotu ul. Orlej. Fot. stan obecny

Na zdjęciu budynek, w którym w latach 50-tych XX wieku znajdowała się Bursa szkoły zegarmistrzowskiej, na rogu ulic Gdańskiej i Uczniowskiej. Fot. stan obecny

Na zdjęciu budynki po byłym gospodarstwie rolnym na przeciw Bursy. Fot. stan obecny
Pewnego razu latem wychowawczyni z naszego przedszkola zabrała naszą grupę na pieszą wycieczkę wzdłuż brzegu morskiego w kierunku Jelitkowa. U wylotu ul. Polnocnej z brzegu plaży wychodził w zatokę kilkummetrowy drewniany pomost zakończony jakby dwoma odgałęzieniami (ramionami), na skos w lewo i prawo. W odległości ok. 1/2 metra znajdowal się drewniany czworobok skierowany jednym z rogów w kierunku pomostu. Cała grupa dzieci weszła na pomost i czworobok. Oczywiście mnie też tam nie zabrakło. Byłem jednym z ostatnich którzy opuszczali pomost.

Zdjęcie ściągnięte z internetu (www.brzezno.net) celem porównania z widokiem na dolnym zdjęciu. Przedstawia ten pomost tzw. mostek z lat 40/50-tych XX wieku

Na zdjęciu "resztki" drewnianego pomostu, tzw "mostku" wychodzącego z plaży w Zatokę u wlotu ul. Północnej. Fot. stan obecny
W pewnym momencie jeden z kolegów - Jurek Gajos nie chcąc potracił mnie kiedy przeskakiwalem z czworoboku na pomost i zamiast trafić na ten ostatni wpadłem do wody pomiędzy jedno z ramion pomostu a czworobok. Ponieważ w tym przesmyku zawsze był ruch wody, stąd też dla mnie jako przedszkolaka była to głębia.

Na zdjęciu widoczny ślad naniesionego piasku przez fale. Przybyło około 5 metrów plaży. Fot. stan obecny

W miejscu zaznaczonym krzyżykiem wpadłem do wody gdzie poziom wody wynosił wówczas ponad 100 cm i gdzie się topiłem. Fot. stan obecny
Przypominam sobie z tego wydarzenia tyle, że będąc pod wodą widziałem wystającą śrubę, którą starałem się chwycić i wydostać nad powierzchnię wody. Manewr ten powtórzyłem może dwa razy jednak nie udało mi się tego dokonać. Obudziłem się na plaży, gdzie znajdujący się tam plażowicze kazali mi szybko iść do domu. Grupy juz nie było.
Prawie rok w rok ktoś z rodziny lub bliższych znajomych przyjeżdżał do nas latem w odwiedziny, a głównie żeby zobaczyć jak wyglada "morze" i trzy leżace obok siebie miasta, w tym jeden słynny kurort. Ponieważ ojciec mój jak juz wspomniałem parał się amatorsko robieniem zdjęć stąd też uwieczniał niektóre momenty podczas zwiedzania i spacerów po Trójmieście.

Na zdjęciu mój ojciec Marian, w tyle z prawej strony zaprzyjaźniony mieszkaniec Jarosławia, mojego rodzinnego miasta na spacerze, na molo w Sopocie. Fot. z 1949 r.

Pomimo zakazów zrobiono zdjęcie mojej rodziny i krewnych z Rzeszowa na tle M/S "Batory" w Gdyni. Fot. z ok. 1949 r.

Na zdjęciu jestem wraz ze swoją matka oraz P. Stasz-Pianista wraz ze swoją rodziną podczas zwiedzania Katedry w Oliwie. Fot. z ok. 1954 r.

Mój ojciec oraz starsza moja kuzynka z Jarosławia w zniszczonym przez działania wojenne Gdańsku. W tle kościół N. M. P. Fot. z ok. 1954 r.
W tym okresie czasu wszędzie była "strefa nadgraniczna". Na wielu obiektach widniały zakazy fotografowania. Na teren wielu obiektów nie wolno było wchodzić. Na plaży wzdłuż lini brzegowej w pewnej odleglosci od siebie stały drewniane wieże obserwacyjne. Żołnierze z jednostki w Nowym Porcie wraz z psami penetrowali i patrolowali teren przybrzeżny. Rodzina moja pochodzi z południowej części kraju stąd też przyjazd nad "morze" był dla niej nie lada atrakcją. Ponieważ wiadomo, że my jako naród nie lubimy jak się nam coś narzuca, wobec tego pewnego letniego dnia z rodzinką z Rzeszowa pojechaliśmy do Gdyni gdzie akurat przy Dworcu Morskim był zacumowany nasz flagowy "pasażer" - M/S "Batory". Oczywiście żadne przeszkody w postaci ogrodzenia z drutu kolczastego, jak i pisemne zakazy nie mogły nas powstrzymać przed obejrzeniem statku z nabrzeża i zrobienia sobie na jego tle pamiątkowego zdjęcia.

Na zdjęciu ja wraz z kuzynem i jego żoną z Rzeszowa na terenie zniszczonego śródmieścia Gdańska. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu wujek z Leszna na tle parowego statku wycieczkowego "Karol Wójcik". W tle za statkiem ruiny Wyspy Spichrzów. Fot. z ok. 1955 r

Na zdjęciu mój ojciec wraz z moją starszą kuzynką z Jarosławia "zwiedzają" to co zostało z budynków mieszkalnych na terenie śródmieścia Gdańska. Fot. z ok. 1954 r.

Na zdjęciu wujek z Wałbrzycha na tle parowego statku wycieczkowego "Panna Wodna" przy Długim Pobrzeżu w Gdańsku. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu: ja wraz ze starszym kuzynem i jego żoną z Rzeszowa na tle zabytkowego Dworca Głównego PKP w Gdańsku. Oczywiście wbrew zakazowi fotografowania. Fot. z ok. 1955 r.
30

Na zdjęciu od lewej: autor piosenki "Serce w Plecaku" p. Michał Zieliński z Jarosławia, sąsiad - p. Józef Wysocki, starszy kuzyn z żoną z Rzeszowa, żona pana Wysockiego - Anna oraz moja matka. Fot. z ok.1955 r .

Zdjęcie jakby z filmu: "Dwaj Kowboje Piją we Dwoje". Z lewej wujek z Wałbrzycha i mój ojciec. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu oczywiście pozorowana sytuacja po "przepiciu". Z lewej ja trzymam ojca za głowę, bo to podobno pomaga, przed nim miednica, na przeciw zmartwiona moja matka, w głębi ciotka z Leszna oraz babcia Rózia. Fot. z ok. 1954 r.
Powoli oswajałem się z obiektami i mieszkańcami dzielnicy, w której przyszło mi mieszkać około 14 lat. Wędrowałem po niej, poznawałem inne tereny, ulice, zakamarki. Chodziłem jako dziecko wraz z rodzicami do kosicoła św. Antoniego. Kiedyś, będąc na podwórku usłyszałem dzwon kościelny. Zaciekawiony tym pobiegłem w kierunku ul. Dworskiej i kiedy byłem na krzyżowaniu z ul. Korzeniowskiego zobaczyłem w dali na przedłużeniu tej ostatniej grupę ludzi śpiewających i idących za trumną. Kondukt pogrzebowy skierował się na cmentarz w Brzeźnie przy ulicy - aktualnie Hallera. Był to chyba jeden z ostatnich pogrzebów na tym cmentarzu.

Na zdjęciu nieczynny cmentarz w Brzeźnie. Fot. stan obecny
Jesienną i zimową pora, podczas huraganowych wiatrów do naszego małego mieszkanka na poddaszu dochodziło wycie morza. Sprawiało to przygnębiające wrażenie, szczególnie wieczorem. W pamięć wbiło mi się następujące wydarzenie. Któregoś zimowego wieczoru ktoś z sąsiadów przybiegł do naszego mieszkania, krzycząc, że coś się pali od strony zatoki. Wiał wówczas północny wiatr. Kiedy spojrzeliśmy przez okienko naszego mieszkania ujrzeliśmy niesamowity, przerażający widok. Faktycznie od strony północnej płonął jak pochodnia jakiś budynek. Wiatr niósł iskry i płonące głownie w kierunku Wrzeszcza. Rodzice wraz z sąsiadami, po krótkiej naradzie, powynosili na strych wszelkie naczynia z wodą aby gasić ewnetulany pożar w naszym budynku. Nikt nie zmrużył oka przez całą noc. Wszyscy przerażeni tym widokiem czuwali. Na drugi dzień okazało się, że spłonął okazały budynek usytuowany blisko plaży, chyba przy ul. Brzeźnieńskiej, nazywany Gwiazdą Morza. Aktualnie jest to hotel Lido.
W czerwcu 1950 roku zorganizowano uroczyste pożegnanie naszego rocznika z przedszkolem. Jedną z organizatorek była p. Jaśkiewicz zamieszkała przy ul. Emilii Plater. Nazywano ją Majorową. W planie całej imprezy był m. in. taniec góralski Zasiali górale. Wiec matki tancerzy: moja matka, p. Skwarowa, p. Zającowa, p. Baranowa oraz matka kolegi Stefana, której nazwiska nie pamiętam, zdobywały różne materiały i szyły nam ubiory - stroje góralskie. W tym czasie cała nasza piątka pod okiem opiekunek z przedszkola, trenowała treść piosenki i taniec. Impreza odbyła się na placu byłych kortów tenisowych pomiędzy ul. Południową a Zdrojową i domem zdrojowym a ruinami po Hali Brzegowej. W imprezie tej uczestniczyło kilkadziesiąt osób - mieszkańców Brzeźna i osób zaproszonych.

Na zdjęciu jestem w stroju góralskim uszytym przez moją matkę. W tle ruiny Bali Brzegowej. Fot. z 1950 r.

Na zdjęciu od lewej: Heniek Skwara, Dzidek Zając, ja, Julek Baran, Stefan (nazwiska nie pamiętam). Fot. z 1950 r.

Na zdjęciu jestem w stroju góralskim w towarzystwie misia i swojego młodszego kuzyna Mariana z Przemyśla, który salutuje ze strachu przed misiem. Fot. z 1950 r.

Na zdjęciu wyróznia się proboszcz parafii św. Antoniego, ks. Adam Szczepański. Z prawej strony p. Jaśkiewicz a obok niej zwrócona bokiem moja matka, w drugim rzędzie częściowo widoczne twarze i kapelusze górali wśród sporej ilości młodzieży brzeźnieńskiej.
W 1950 roku została przeprowadzona wymiana pieniędzy. Za 1000 zł otrzymywało się 30 zł. Wymiana miała miejsce we wspomnianej wcześniej byłej kręgielni przy ul. Korzeniowskiego. Poprosiłem wówczas ojca aby pozwolił mi wymienić pieniądze. Otrzymałem wówczas chyba banknot 10-złotowy. Poszedłem razem z kolegą Julkiem Baranem. Na miejscu otrzymaliśmy w zamian za banknot dwie małe monety. W pobliżu, tj. za sklepem spółdzielnią od strony ul. Korzeniowskiego znajduje się brama wjazdowa na zaplecze sklepu. Za bramą widać na poniższym zdjęciu murowane pomieszczenie na śmietnik.

W tym miejscu znajdował się na przełomie lat 40-tych i 50-tych XX wieku zakład fryzjerski, który prowadził ojciec Kazika Jarmuszczaka. Fot. stan obecny
Pierwszego września 1950 roku poszedłem do pierwszej klasy Publicznej Szkoły Powszechnej w Gdańsku. Taka nazwa figuruje na okrągłej pieczęci zaświadczenia szkolnego. Natomiast z treści tego zaświadczenia wynika, że przeszedłem do klasy drugiej Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego nr 20 w Gdańsku.

Na zdjęciu budynek przy ul. Północnej byłej Szkoły Podstawowej nr 20. Fot. stan obecny
W roku szkolnym 1950/51 opiekunem klasy była p. Zofia Kisielowa. Kierownikiem szkoły P. Gryźniak. Przed nią kierownikiem był p. Jach. Nie przypomniam sobie nazwiska następczyni p. Gryźniak. W roku szkolnym 1951/52 opiekunem była p. Urszula Gańska. W roku szkonym 1952/53 ponownie opiekunem jest p. Zofia Kisiel i otrzymuję świadectwo Szkoły Podstawowej nr 20. W roku szkolnym 1953/54 opiekunem była p. Maria Rudzińska jak i w 1954/55 oraz w 1955/56. W latach 1956/57 wychowawcą klasy był p. Zbigniew Hryniewicz. Przypomniam sobie, że byli w szkole inni nauczyciele:
-pani Karasiowa
-pani Jadwiga Wolniak - geografia
-pan Stanisław Zaremba - wychowanie fizyczne
-pani Brzezińska - matematyka
-pani Niedźwiecka
Pani Maria Rudzińska uczyła historii a pan Hryniewicz fizyki i chemii.

Na zdjęciu jedna z pierwszych - tarcza szkolna S.P. nr 20
Bezpośrednio po rozpoczęciu roku szkolnego, w trakcie którego uczestniczyli również rodzice pierwszoklasistów, rozpłakałem się i oświadczyłem, że nie chcę chodzić do szkoły i chcę wrócić do przedszkola. Oczywiście w domu była krótka mowa mojego ojca i natychmiast wywietrzała mi z głowy myśl o powrocie. W tym też czasie zapisano m. in. i mnie do Pionierów. Mielismy nosić na szyi czerwone chusty. Ojciec jak się o tym dowiedział natychmiast kazał zwrócić matce chustę do szkoły i wypisać mnie z tej organizacji. Oczywiście znów był płacz bo mi się ta chusta podobała.
Przy ul. Północnej na rogu ulicy Brzeźnieńskiej po lewej stronie znajduje się parterowy budynek. Tam początkowo znajdowała się świetlica osiedlowa. Przypominam sobie, że przyjeżdżało tam kino objazdowe i w świetlicy tej wyświetlało filmy.

Na zdjęciu u wylotu ulicy parterowy budynek mieszczący w latach 40 - 50-tych XX wieku świetlicę osiedlową. /Fot. Stan obecny
Pamiętam, że byłem wraz z ojcem na kronice filmowej, gdzie swojego charakterystycznego głosu użyczył aktor Szczepkowski.
W późniejszym czasie świetlica z ul. Północnej została przeniesiona do budynku po byłej kręgielni przy ul. Korzeniowskiego. Odbywały się tam zabawy, wyświetlano filmy dla dzieci i dorosłych.
Kiedy któregoś dnia wracałem z ojcem do domu zapytałem go co to jest? wskazując przy tym na dystrybutor paliwowy znajdujący się przed budynkiem nr 3 przy ul. Południowej.

Na zdjęciu pusty placyk na rogu ulic Południowej i Mazurskiej gdzie znajdowała się stacja paliwowa. Fot. stan obecny
Ojciec wytłumaczył mi, że była tu stacja benzynowa, gdzie tankowano paliwo do samochodów. Stacja była zdewastowana. W późniejszych latach stację tą zlikwidowano. W pięknej i okazałej willi nr 1 przy ul. Południowej, na parterze znajdował się urząd pocztowy nr 7. Na piętrze jedno z mieszkań zajmował starszy kolega mojego ojca - artysta muzyk pan Antoni Pilc.

Na zdjęciu budynek nr 1 przy ulicy Południowej gdzie znajdował się na parterze U.P.T. nr 7. Fot. stan obecny
Panowie: Szymański, Pilc i Sztukowski byli przedwojennymi muzykami orkiestr wojskowych. Po wojnie wszyscy trzej zasilili Państwową Operę i Filharmonię Bałtycką. Pan Pilc - na kontrabasie, pan Sztukowski - na skrzypach a mój ojciec na perkusji. Ponadto pan Pilc uczył w szkołach muzycznych Gdańska gry na kontrabasie oraz akordeonie, natomiast mój ojciec uczył gry na perkusji. Uczniem pana Pilca był pan Adam Chamera - mieszkaniec Brzeźna, późniejszy kontrabasista Państwowej Opery i Filharmonii w Gdańsku. Rodzina Chamerów mieszkała przy ul. Łamanej. Ojciec, pan Chamera był listonoszem. Do pani Chamerowej chodziło się po szatkownicę do szatkowania kapusty. Jeden z synów - Marian jest moim rówieśnikiem i obaj chodziliśmy przez siedem lat do tej samej szkoły podstawowej.
Około roku 1955 ul. Sternicza została zabudowana domkami jednorodzinnymi.

Na zdjęciu widok na ulicę Sterniczą oraz ogródki, na których terenie wybudowano domki jednorodzinne. Fot. z ok. 1950-55 r.
Pomiędzy budynkami przy ul. Emilii Plater a ulicą Sterniczą do około roku 1955 istniały ogródki uprawiane przez mieszkańców.
Na przełomie 1951/52 roku nastąpiły przygotowania do przyjęcia m.in. i mnie do I Komunii Św. w kościele św. Antoniego. Przygotowywał nas do tej uroczystości a następnie egzaminował ks. proboszcz Adam Szczepański. Uroczystość miała miejsce 22 czerwca 1952 roku. Posuwaliśmy się do przodu, do klęczników dwoma rzędami. Lewą stroną podchodzili chłopcy a prawą dziewczynki. Dziewczynki, w długich, białych sukienkach z wiankami na głowach, chłopcy zaś w ciemnych ubraniach. Wszyscy trzymali w jednym ręku świecę, w drugiej zaś książeczkę do nabożeństwa i różaniec. Mnie do towarzystwa przypadła dziewczynka - koleżanka o imieniu Zosia. Była to bardzo grzeczna i miła koleżanka, lecz o niezbyt sympatycznej urodzie. Koledzy naśmiewali się ze mnie, że mam narzeczoną rudą i piegowatą. Teraz bym na to nie zwracał uwagi, ale wówczas była to ujma.

Zdjęcie z I Komunii Św. wykonane przez mojego ojca. Fot. z 22.06.1952 r.



Jedna z pamiątek po I Komunii Św. z 22.06.1952 - laurka od byłej wychowawczyni z przedszkola, pani Zofii Zawadzkiej.
Pamiętam, że rodzice wraz z sąsiadami świętowali moją Komunię w domu. Ja oczywiście z kolegami i koleżankami na ulicy i okolicznych podwórkach. Nie przypominam sobie, abym otrzymał jakiekolwiek prezenty z tego tytułu. Sam fakt uczestniczenia w tej uroczystości był już sam w sobie jakby darem.
Natomiast co do imienia Zosia to przewija się u mnie przez prawie całe życie. Moja wychowawczyni w przedszkolu - Zofia, koleżanka, z którą w parze szedłem do I Komunii - Zofia, dziewczynka - wczasowiczka z Warszawy, przez którą dostałem lanie od ojca - Zofia, no i w końcu ożeniłem się z Zosią, która towarzyszy mi już ponad 40 lat.
Prawie od momentu przyjazdu przez dobrych kilka lat rodzice moi zaopatrywali się w mleko u państwa Dzierzbickich przy ul. Korzeniowskiego. Codziennie wcześnie rano w dni powszednie chodziłem z kanką po mleko. Pomiędzy domem należącym do państwa Ponczków przy ul. Korzeniowskiego a ul. Emilli Plater znajdował się ogród - sad należący do państwa Ponczków.
Od ul. Emilii Plater do ul. Korzeniowskiego biegła ścieżka, którą chodziłem po mleko. Z lewej strony był wysoki płot ogrodu państwa Ponczków i wschodnia ściana ich domu. Po prawej ogródki mieszkańców obu ulic.

Na zdjęciu z prawej wschodnia ściana budynku państwa Ponczków, od strony ul. Korzeniowskiego, obok której biegła ścieżka w kierunku ul. Emilii Plater. Aktualnie w tym miejscu jest bramka, śmietnik oraz blok przy ul. E. Plater. Fot. stan obecny
Jak już wspomniałem z Nowego Portu do Wrzeszcza przez Brzeźno jeździł tramwaj linii 5. W tym czasie w Brzeźnie nie było pętli tramwajowej. Tramwaj jeździł jednym torem, a co dwa, trzy przystanki znajdowała się tzw. mijanka, tzn. odgałęziony tor, na którym jeden z tramwajów oczekiwał na przejazd przez mijankę jadącego z przeciwnej strony tramwaju.

Na zdjęciu w tle widoczny tramwaj z przyczepą na mijance w tzw. polu. Z lewej strony znajduje się skrzyżowanie akt. ul. Hallera z ul. Gdańską. Na pierwszym planie ja z ojcem przy rowerach na terenie akt. ogródków działkowych. Fot. ok. 1954 r.

Na zdjęciu to samo miejsce co na górnym, lecz już bez dodatkowego toru. Ul. Gdańska biegnie w kierunku skrzyżowania z ul. Uczniowską. Fot. stan obecny
Jedna z mijanek znajdowała się przy ul. Chrobrego przed ul. Kościuszki. Natomiast na przystanku końcowym na (wówczas) ul. Libermana przed ul. Białą znajdowała się mijanka, gdzie przyjeżdżający tramwaj z kierunku Nowego Portu wjeżdżał na boczny tor. W tym czasie odjeżdżał tramwaj z właściwego toru w kierunku Nowego Portu, a na jego miejsce wjeżdżał tramwaj, który przyjechał z Nowego Portu. Przez siedem lat dojeżdżałem tym tramwajem do Pl. Komorowskiego i następnie tramwajem linii nr 8 jeździłem na ówczesną Al. Rokossowskiego (aktualnie Al. Zwycięstwa) i wysiadałem na przystanku przy czołgu. Pamiętam, że na rogu ul. Ul. Dzierżyńskiego (akt. Legionów) i Kościuszki znajdowała się pętla tramwajowa linii nr 8. Pewnego dnia jechałem w godzinach południowych w kierunku Gdańska. Tramwaj jak zazwyczaj zatrzymał się na mijance przy ul. Chrobrego. Wówczas zobaczyłem pełno ludzi biegnących ul. Kościuszki w kierunku ul. Dzierżyńskiego. Pobiegłem razem z nimi. Po kilkuset metrach ujrzeliśmy w budynku nad bramą wjazdową do jednej z bocznych uliczek wbity kadłub samolotu. Widok ten sprawiał niesamowite wrażenie. Do tej pory w tym miejscu widoczny jest ślad w kolorze użytych do remontu cegieł (pomiędzy numerami budynków 52 a 54). W pobliżu w tym czasie było cywilne lotnisko. Często w godzinach rannych budził mieszkańców Brzeźna ryk zapalanych silników samolotowych.
Tramwaje w tym czasie nie były ogrzewane. Na przystankach - mijankach czekało się nieraz do 15-20 minut. Motorniczy i konduktor ubrani byli w kożuchy. Latem tramwaj ciągnął przyczepę z otwartymi pomostami. Drzwi otwierało się ręcznie. Konduktor posiadał skórzaną torbę na bilety, banknoty oraz szczypce do dziurkowania biletów, która wisiała na pasku przewieszonym przez szyję. Nad torbą niektórzy z konduktorów mieli przymocowana taką maszynkę, składającą się z kilku metalowych rurek. W dolnej części, pod każdą z tych rurek znajdował się przycisk. Po przyciśnięciu z rurki wysuwała się moneta o odpowiednim nominale celem wydania reszty po zakupieniu biletu przez pasażera.
Kiedy miałem kilka lat, ojciec doprowadził do używalności stary rower marki Royal. Miał on zamontowane grube opony, tzw. balonówy. Ponieważ większość ówczesnych jezdni w Brzeźnie było wykonanych ze żwiru, więc doskonale spełniały swoje zadanie. Najlepsza jezdnia - to była ul. Gdańska, ponieważ wykonana była z kostki brukowej, natomiast ul. Pułaskiego, boczne Korzeniowskiego i Dworska wykonane były z kocich łbów. Nie przeszkadzało mi to jednak ciągle zwiedzać całego Brzeźna i pobliskich okolic.
Pewnego dnia - mogła to być sobota lub niedziela - wybrałem się na przejażdżkę rowerową. Jechałem wolno ul. Gdańską od skrzyżowania z ul. K. Marksa (akt. Hallera) i czekałem, kiedy będzie jechał tramwaj, aby się z nim pościgać. Kiedy dojeżdżałem do skrzyżowania z ul. Uczniowską - od strony Letniewa wyjechał samochód i skręcił w ul. Gdańską. Wiedziałem, kto był kierowcą tego charakterystycznego pojazdu. Był to mieszkaniec ul. E. Plater - pan Jankun. Pojazd był dlatego charakterystyczny, ponieważ była to nieduża ciężarówka z odkrytą skrzynią ładunkowa, która z przodu miała tylko jedno koło. Był to tzw. Trójkołowiec.

Na zdjęciu widok skrzyżowania ul. Gdańskiej z ul. Uczniowską i po prawej stronie widoczny samochód ciężarowy mniej więcej w tym miejscu, gdzie miałem "przygodę" z trójkołowcem. Fot. stan obecny
Stanąłem na pedałach i zacząłem "dochodzić" do samochodu. Kiedy byłem już prawie przy tylnej burcie i czaiłem uchwycić ją aby pojechać sobie "za darmo" zaobaczyłem w okienku kabiny kierowcy odwróconą w moim kierunku twarz pana Jankuna. Ja przechyliłem się przez kierownicę aby chwycić się burty a pan Jankunprzycisnął pedał gazu. W tym momencie nie chcąc gwałtownie skręciłem kierownicę w poprzek, rower "stanął deba" a ja przeleciałem przez kierownicę. Długo pamiętałem tę przygodę i byłem zły na siebie ale nauczka nie "poszła w las".
Idąc dalej ul. Gdańską w kierunku "centrum" Brzeźna po lewej stronie jest przystanek tramwajowy. Po prawej stronie znajdują się warsztaty samochodowe. W latach, które opisuję, znajdował się tam wojskowy tor przeszkód.

Na zdjęciu na terenie toru przeszkód dwaj n/n chłopcy, ja, pan Stefan Hrab i mój ojciec. Fot. Z ok. 1953 r.

Na zdjęciu siedzący na przeszkodzie pan Hrab oraz pokonujący ją - ja i mój ojciec. Fot. z ok. 1953 r.
Ćwiczyli na nim żołnierze z jednostki wojskowej w Nowym Porcie. Dla nas - chłopców z Brzeźna był to też sprawdzian naszej sprawności i jednocześnie jedno z miejsc naszych zabaw. Na prawo do toru została zbudowana strzelnica wojskowa. Boki strzelnicy stanowiły obwałowania obrośnięte trawą.

Na zdjęciu ówczesny mieszkaniec Brzeźna i nasz sąsiad oraz krajan p. Hrab wypasający kozy i owce w pobliżu wojskowego toru przeszkód. Fot. z ok. 1953 r.

Obok pozuję do zdjęcia wraz z kozą i owcą p. Hraba. W głębi za kozą teściowa p. Hraba zajmująca się wypasaniem rodzinnych zwierząt. Na obwałowaniu strzelnicy. Fot. z ok. 1953 r.
Po lewej stronie toru przeszkód był pierwszy większy stawek a w pewnej odległości był drugi, mniejszy. Nie były one głębokie, natomiast kolor wody - czarny sprawiał nieprzyjemne wrażenie, jakby obawy, że nie ma w nich dna. Kolor wody był odbiciem torfu, jaki pod nimi zalegał.
Pewnego zimowego lub wiosennego dnia, podczas odwilży, któryś z kolegów zawołał mnie abyśmy pobiegli nad ten pierwszy stawek bo ktoś się tam utopił. Kiedy przybiegliśmy nad ten stawek zastaliśmy kilka osób. Z uzyskanych informacji dowiedzieliśmy się, że jakiś mały chłopiec chciał poślizgać się na lodzie ale lód się załamał. Wpadł do wody. Początkowo próbował się wydostać ale obuwie z łyżwami, nasiąknięte wodą ubranie ora gwałtowne wychłodzenie organizmu dopełniły swego. W pewnym momencie ?poszedł? pod wode i już nie wypłynął. Niedługo przyjechała straż pożarna z Nowego Portu. Strażacy położyli drabinę na lodzi i bosakiem drążyli otwór w lodzi w poszukiwaniu ciała. Po krótkim czasie wyciągnęli nieżywego chłopca. Okazało się, że był to Antoś Koralewski mieszkający przy ul. Sterniczej. Pochodził z bardzo ubogiej rodziny. Nie utrzymywaliśmy z nim kontaktu ponieważ był młodszy od nas oraz mieszkał przy innej ulicy. Co istotne było to to, że Antoś uwielbiał konie i ciągle wolny czas poświęcał na powożeniu końmi u pana Gołaszewskiego z ul. Dworskiej.

Na zdjęciu widok od strony przystanku tramwajowego na miejsce gdzie był tor przeszkód. Fot. stan obecny
Zlikwidowano wojskowy tor przeszkód, zasypano stawy. Na tym miejscu wybudowano warsztaty samochodowe i inne obiekty. O ile się nie myle, to zlikwidowano również strzelnicę ale obwałowania zostały służąc innym celom.
Idąc dalej ul. Gdańską po przeciwnej stronie ul Łozy znajduje się murowany dom. Jak sięgam pamięcią od kiedy przyjechaliśmy do Brzeźna był to dom należący do pani Ordon, która prowadziła w nim ogrodnictwo. Jak trzeb było kupić komuś kwiaty lub jakieś sadzonki do ogródka to wszystko można było u niej dostać. Ulicy PCK nie było. W jej miejscu znajdowało się prowizoryczne boisko piłkarskie, na którym graliśmy w piłkę między sobą oraz rozgrywaliśmy mecze z chłopcami z Wrzeszcza. Oczywiście zgodnie z panującymi wówczas warunkami za słupki bramek służyły nam kamienie, tornistry, teczki lub nawet osobista odzież.

Na zdjęciu dom, przy którym pani Ordon prowadziła ogrodnictwo. Jak widać dalej w tym miejscu sprzedawane są kwiaty. Fot stan obecny
Moim skromnym zdaniem Brzeźno powinno zostać wypoczynkowo-rekreacyjną dzielnicą Gdańska. Powinny być budowane domy wypoczynkowe, hotele i pensjonaty w stylu nawiązującym do starej zabudowy. Tymczasem z Brzeźna zrobiono zwykłą, szarą dzielnicę mieszkaniową z blokami, wieżowcami i hotelami robotniczymi. Z tej zabudowy wyłaniają się perły brzeźnieńskie: stare wille przy ul. Gdańskiej, m.in. willa gdzie mieściła się dawniej szkoła zegarmistrzowska. Na rogu ul Gdańskiej i Emilii Plater piękny budynek z czerwonej cegły nazywany po wojnie "wilnianką".

Na zdjęciu jedna z uroczych "pereł" w Brzeźnie. Fot. Stan obecny

Na zdjęciu następna perła w zabudowie Brzeźna. Po lewej stronie widoczny blok mieszkalny "psujący" widok. Fot. stan obecny

Poprzez taką zabudowę jak widoczny na zdjęciu wieżowiec Brzeźno straciło wygląd dzielnicy wypoczynkowo-rekreacyjnej. Wszelkie zmiany i dobudówki również nie dodają piękna. Fot. stan obacny

Na zdjęciu "Wilnianka". Fot. stan obecny
Pamiętam, że w tym budynku mieszkał "chyba" były wojskowy lub partyzant, pan Szkodo. "Zaciągał" on z wileńska i być może dom ten nazwano potocznie "wilnianką" gdyż mieszkali tam "wilniacy". Pamiętam go jeżdżącego w zielonym mundurze, w furażerce i butech z cholewami. Na mundurze na lewej piersi miał przyczepione jakieś odznaczenie. Na kierownicy roweru miał przewieszone dwa wiadra ze zlewkami dla świń, które hodował w okolicy obecnej ulicy Łozy. Dlaczego robił to w mundurze tego nie wiem. Nigdy go nie widziałem ubranego w cywilne obranie. Być może go nie posiadał. Miał syna starszego ode mnie o kilka lat. Był nieszczęśliwym chłopcem ponieważ był niemową. Jednak ci chłopcy którzy go znali podziwiali jego kunszt w podbijaniu piłki głową i nogami.
Cały plac na rogu ul. Gdańskiej i E. Plater gdzie aktualnie stoi wieżowiec był w tym czasie polem uprawnym, które wówczas należało do państwa Dzierzbickich mieszkających w budynku nr 7 przy ul. E. Plater. Od tego budynku do ogrodzenia szkoły zegarmistrzowskiej biegła ścieżka, którą wydeptali mieszkańcy spieszący się na przystanek tramwajowy przy ul. Sterniczej.

Na zdjęciu widok z podwórka mieszczącego się między nr 13 i 15 przy ul. E. Plater na budynek z transformatorem. Fot. z ok. 1958/59 r.
W tym okresie energia elektryczna była przesyłana drogą powietrzną za pośrednictwem drewnianych słupów. W przypadku awarii przyjeżdżali elektromonterzy i za pomocą tzw. "raków wchodzili na drewniany słup.Posuwając się do góry wbijali raki założone na stopy w drewniany słup i dodatkowo utrzymywali się pionowo za pośrednictwem pasa obejmującego elektromontera i słup. Stacje transformatorowe znajdowaly się właśnie na przeciw budynku nr 15 po drugiej stronie ul. E. Plater, gdzie aktualnie znajdują się nowe bloki mieszkalne. W czasie zabaw na podwórku i ulicy, przybiegalismy pod drzwi tej budowli posłuchać jak "mruczy" transformator.
Początkowo chodziłem strzyc się do zakładu fryzjerskiego pana Jarmuszczaka na ul. Korzeniowskiego, później jednak otrzymał on pracę fryzjera na statku (podobno na M/S "Batory"). Wówczas strzygł mnie ojciec innego mojego kolegi szkolnego - pan Józef Baran. Mieszkał on przy tej samej ulicy tzn. E. Plater. Rodzina ta posiadała magiel ręczny. Chodziłem tam ze swoją matką maglować wypraną bieliznę. Między budynkami nr 33A - 33B a nr 35 było przejście, któredy przechodziło się do szopy drewnianej, w której znajdował się magiel. Była to ogromna skrzynia wypełniona dużymi kamieniami. Przesuwała się ona na dwóch drewnianych wałkach, na które nawinięta była bielizna. Kiedy wyjmowało się wałek z wymaglowaną bielizną, na jego miejsce wsuwało się wpierw "goly" wałek. Nie można było dopuścić by do opadnięcia skrzyni na podloże. Magiel poruszany był ręcznie za pośrednictwem przekładni zębatych, które kręciło się wielkim metalowym kołem z
korbą.

Na zdjęciu za stojącym samochodem widać drewnianą szopę. W tym miejscu był magiel. Fot. stan aktualny.
Po pieczywo t.j. chleb, bułki i inne wypieki chodzilismy do sklepu piekarniczego przy ul. Gdańskiej (aktualnie nr 4). Przypominam sobie, że kiedyś jadłem bułkę z masłem i w pewnym momencie poczułem jak mi się coś ostrego wbiło w podniebienie. Okazalo się, że w podniebienie wbiła mi się złamana część igły. Od tej pory pozostał mi uraz i wszystko co jem cedzę przez zęby. Nie mieliśmy pretensji do obsługi piekarni, ponieważ uważaliśmy, że igla złamała się w młynie podczas zaszywania worków z mąka. Faktem jest, że mąka nie była dostatecznie przesiewana. Sam wypiek chleba i innego pieczywa odbywał się na zapleczu sklepu. Na podwórku za budynkami mieszkalnymi znajduje się budynek z czerwonej cegły. Był to budynek, w którym wypiekano pieczywo do sprzedaży. Ponadto kiedy zachodziła potrzeba lub zbliżały się święta matka moja wyrabiała ciasto, które zanosiliśmy owinięte na tzw. blachach do w/w budynku. Tam piekarz na ciasto nalepiał pasek papieru z nazwiskiem. O oznaczonej godzinie odbierało się już gotowe, upieczone ciasto. W późniejszym okresie czasu rodzice kupili używany piekarnik na gaz i od tej pory wszelkie ciasta moja matka wypiekała sama w domu.

Na zdjęciu zakratowane drzwi i okno wystawowe sklepu piekarniczego. Na ścianie widoczny nr. 4. Fot. stan aktualny.

Budynek piekarni, w którym wypiekano pieczywo do sprzedaży oraz ciasta na zamówienie. Fot. stan obecny

Na zdjęciu moja matka "prezentuje" w kuchni naszego mieszkania gotowanie obiadu na dwu palnikowej żeliwnej kuchence gazowej. Kuchenka stoi na piecyku - piekarniku do wypiekania ciast, również na gaz. Fot.ok 1953-4 r.
Moja rodzina nie posiadała żadnych zwierząt gospodarskich. Mój ojciec był z zawodu muzykiem. Zawód uzyskał w wojsku. Matka była z zawodu krawcową stąd też oboje nie mieli zamiłowania do hodowli. Mój dziadek, a ojciec mojej matki przywiózł nam kilka kur. Chowały się pod gankiem w specjalnie zrobionym przez mojego ojca kurniku. Po krótkim okresie czasu, po przeciwnej stronie ulicy ktoś wysypał specjalną trutkę przeciwko nornicom. Oczywiście kury miały swobodny dostęp do innych ogródków przez nieszczelne oparkowanie. Najadły się trutki i padły. Tak skończyła się próba hodowli. Nie mniej jednak w mieszkaniu mieliśmy psy a następnie kota. Psy oczywiście były rasy "przegląd osiedla".

Na zdjęciu ja wraz z naszym psem, na którego wołalismy "Tojo". Była to suka. Ja siedzę na metalowej balustradzie otaczającej pomnik niemieckich żołnierzy w parku. Fot. ok. 1953-54 r.
Kota ochrzcił mój ojciec imieniem "Vogel". Po polsku znaczy "Ptaszek". Faktycznie był to niezły "ptaszek". Niech świadczy o tym pewna historia. Otóż przez kilka lat latem przyjeżdżała do nas letniczka wraz z córka. Pewnego razu kupiła na rynku we Wrzeszczu 2 kg. cielęciny. Cielęcina zawinięta była w jakiś papier i następnie w gazetę. Całość umieszczona była w siatce plecionej na wzor siatki rybackiej, ponieważ w tym czasie nie mieliśmy jeszcze lodówki, powiesiła tą siatkę na gwoździu na zewnątrz okna. Następnego dnia z rana kiedy wyjrzała przez okno oniemiała. Za oknem wisiała siatka, w której znajdował się postrzępiony papier. Cielęcina się "ulotniła". Domyślaliśmy się że jest to sprawka naszego "Vogla". O cielęcinie wiedziała tylko letniczka i my. Do okna na poddaszu nikt się nie mógł dostać. W tej okolicy rzadził tylko "Vogel". Oczywiście zniknął na trzy dni. Wrócił i jakby nic się nie stało ocierał się o nasze nogi.

Na zdjęciu nasz kotek Pan "Vogel". Pozuje do zdjęcia siedząc na środku stołu w pokoju. Fot. ok. 1953-55 r.
Ponieważ brak wówczas było zorganizowanych rozrywek stąd też chodziliśmy na wycieczki po Brzeźnie i po starym Gdańsku.

Jedna z niewielu tego rodzju imprez - "Kiermasz Książki" na Placu Zebrań Ludowych w Gdańsku. Fot. z ok. 1952-3 r.

Na zdjęciu mój ojciec i moja kuzynka Marysia z Jarosławia na huśtawce za ówczesna świetlicą szkolną. Aktualnie w tym miejscu znajduje się budynek S.P. nr. 20. Fot. z ok. 1953 r.
Wycieczki te nie ograniczały się tylko do tych dwóch dzielnic. Jeżeli tylko istniała okazja zwiedzaliśmy i inne miejsca na terenie Trójmiasta.

Wraz z rodzicami zwiedzamy czynne już w tym czasie Oliwskie ZOO. Na zdjęciu ja i matka. W głębi za siatką mała sarenka. Fot. z ok. 1954 r.

Na zdjęciu jesienną porą wraz z ojcem szukamy po sztormie na plaży w Brzeznie kawałków bursztynu oraz kamieni z rosnącym na nich morszczynem. Fot. z ok. 1954 r.
Jednym z takich miejsc był w park w Brzeźnie. W północnej części parku, wzdłuż plaży ukryte były bunkry wraz ze stanowiskami ogniowymi. Górna ich część była z góry niewidoczna ponieważ była zaktyta, zamaskowana ziemią. Środkiem biegła aleja a bokiem zasadzone były krzaki róż. Chciałbym tu dodać ze dzikich i pięknie pachnących. W środkowej częsci alei znajdował się plac, na którym od strony południowej, na kilkustopniowym betonowym podwyższeniu znajdował się kilku lub kilkunasto metrowy betonowy słup o podstawie kwadratu. Był to pomnik żołnierzy niemieckich postawiony po I Wojnie Światowej.

Jestem wraz z matką i kolegą Julkiem na terenie alei parku w Brzeźnie. Po prawej stronie widoczna dolna część słupa pomnika. Fot. z ok. 1952-4 r.

Na zdjęciu wujek z Leszna na spacerze po parku w Brzeźnie. Z prawej strony widoczna jest górna część pomnika z charekterystyczną kulą. Fot. z ok. 1954 r.
Na samej górze tego pomnika znajdowała się ogromna kula, przez którą prześwitywały otwory. Z opowiadań mieszkańców Brzeźna wynikało, że po zdobyciu tej dzielnicy w 1945 roku żołnierze na wiwat strzelali do tej kuli. W tym czasie była bardzo żywa pamieć efektów II Wojny Światowej. W ludziach tliła się nienawiść do Niemcow. Ludzie przyjezdni nie odróżniali Niemców od Kaszubów lub Gdańszczan pochodzenia polskiego.

Ojciec w charakterze szykującego się do walki "Szwaba". Z lewej Julek i ja w "ataku na Niemca", na tle rozbitego bunkra. Fot. z ok. 1952-54 r.
Wszyscy ci mieszkańcy byli traktowani z pewną rezerwą. Szczególnie ci, co rozmawiali łamaną polszczyzną. Jedna z sąsiadek wyszła za mąż za "Wilniuka". Ona była Gdańszczanką. Żyliśmy razem w przyjaźni, odwiedzaliśmy się, bywaliśmy u siebie w czasie świąt. Jednego dnia przyszedłem do naszego mieszkania po zabawie na podwórku. Byłem z czegoś niezadowolony. Siedząca razem z moją mamą w kuchni sąsiadka ta zażartowała sobie coś w stosunku do mnie. Odpaliłem jej jednym obraźliwym słowem - "Szwabka". Zauważyłem, że tak tej sąsiadce jak i mojej matce zrobiło się przykro i nieprzyjemnie. Później matka wysłała mnie do tej sąsiadki z przeprosinami. Zapanowała pełna zgoda i zrozumienie.
Latem chodziliśmy po odkrytych częściach bunkrów, gdyż wymagało to sprawności fizycznej. Ponadto ciekawi byliśmy, co się znajduje wewnątrz. Zimową porą park był jednym z miejsc na terenie Brzeźna, gdzie spotykała się młodzież. Urządzaliśmy sobie ślizgawki. Mnie osobiście odpowiadała jedna, która biegła z górnej części bunkra zakrętami w dół.

Na zdjęciu wschodnia część bunkra ze str. 70. Z prawej widoczny stok, na którym znajdowała się kręta ślizgawka Fot. stan obecny
Część plaży była wydzielona z płatnym wejściem. Na plaży były postawione betonowe słupki, do których była przymocowana metalowa siatka tworząca ogrodzenie. Poza ogrodzeniem była tzw. dzika plaża. Chodziliśmy zawsze na dziką plażę.

Na zdjęciu od lewej: kuzyn z Rzeszowa, ja, bokiem siedzi żona kuzyna ? Hania oraz mój ojciec. Na plaży w Brzeźnie. Fot. z ok. 1954 r.

Na zdjęciu wujek Władek z Leszna siedzi na zarośniętej morską trawą wydmie. Po lewej widoczne ogrodzenie płatnej plaży. Fot. z ok. 1954 r.

Na zdjęciu ciotka Michalina z Leszna bez jakichkolwiek uprzedzeń rozebrała się do halki by sprawdzić, jaką temperaturę ma morska woda. Fot. z ok. 1954 r.
W tym okresie czasu nie wszyscy przyjeżdżający nad morze dysponowali strojem kąpielowym, co nie przeszkadzało by w majtkach i halce zamoczyć ręce i nogi w wodzie morskiej. Zdarzały się nawet przypadki kąpieli nago.
Na wycieczki lub na plażę chodziliśmy również wspólnie z sąsiadami. Poprzez wspólne przebywanie również poza domem nawiązywała się między nami nić przyjaźni. Były to rodziny: Hrabów, Pilipczyków, Walentynowiczów, Knitterów, Biernatów, Wysockich, Zwierzyńskich. Ponadto kontakty utrzymywaliśmy z innymi rodzinami z Brzeźna.

Na plaży w Brzeźnie od lewej: krewna p. Jadzi, p. Jadwiga Pilipczyk, mój ojciec i moja matka. Fot. z ok.1952 r.

Pierwszy dzień na plaży należało uczcić, lub jak kto woli "oblać". Z lewej wujek Franek z Jeleniej Góry i mój ojciec. Po lewej za wujkiem widoczne ogrodzenie płatnej plaży. Oczywiście "biesiadnicy" są metr dalej na "dzikiej". Fot. z ok. 1952 r.
Większość z nas to rodziny z kresów z dawnych województw: wileńskiego i lwowskiego. Kontakty nasze nie ograniczały się tylko do codziennego widywania się na korytarzu, ulicy, w sklepach, kościele czy innych miejscach w Brzeźnie. Zapraszaliśmy się wzajemnie na różne uroczystości i święta.

Święta Bożego Narodzenia, od lewej: moja matka, pani Pilcowa, moja babcia Rózia, córka państwa Pilców - Marysia i mój ojciec. Fot. z ok. 1953 r.

Te same święta, lecz już inni goście. Z lewej pani Jadwiga Pilipczyk, pan Józef Pilipczyk, ja, ciocia Michalina z Leszna, moja matka, pan Józef Wysocki, jego żona Hanka oraz moja babcia Rózia. Fot. z ok. 1953 r.
Moja matka będąc z zawodu krawcową szyła niektórym mieszkańcom Brzeźna lekką odzież.

Ponieważ mieszkanie było stosunkowo małe, dlatego też matka musiała swoje czynności krawieckie wykonywać w kuchni. Fot z ok. 1952 r.
M.in. zajmowała się również moją edukacją. Np. wymazywała gumką w moich zeszytach błędy i kleksy. Ojciec zaś jak zobaczył coś takiego natychmiast wydzierał kartkę i musiałem ją przepisywać. Nieraz zeszyt stawał się cienki z tego powodu, więc kazał mi zakładać nowy i przepisywać wszystko od początku.

Nie mieliśmy łazienki. Mycie rano i wieczorem odbywało się w kuchni, w miednicy na krześle. Na zdjęciu ojciec w opisanej wyżej sytuacji. Fot. z ok. 1952 r.
Starałem się nie robić kleksów i nie doprowadzać do wymazań w zeszytach, ponieważ pociągało to za sobą dużą stratę czasu. Przecież w tym czasie mogłem bawić się na podwórku, pograć w piłkę lub pojeździć na rowerze.

Na zdjęciu u góry: w ten sposób podnosiłem swoją sprawność fizyczną. Fot. z ok. 1952 r.

Na zdjęciu z lewej ?wjechałem? nawet rowerem na pień starej wierzby. (Fot. z ok. 1952 r.)

Tak długo ćwiczyłem swoją sprawność fizyczną, aż nauczyłem się stać na rękach. Stąd już jeden krok do stania "na głowie". Fot. z ok.1958 r.
Codziennie ok. godz. 9.00 ojciec wyjeżdżał na próbę. Wracał na obiad i znów wieczorem wyjeżdżał na koncert, operę, względnie inną wystawianą sztukę.

Rano latem jeździł rowerem z ul. E. Plater, ul. Gdańską, K. Marksa (akt. Hallera), aż za ul. Kliniczną do budynku gdzie akt. mieści się Państwowa Opera Bałtycka ? na rogu Al. Zwycięstwa (wówczas Rokossowskiego) i Hallera. Wieczorem jeździł tramwajem. Na zdjęciu ojciec pokonuje rowerem ul. K. Marksa. Fot. z ok. 1952 r.
W tym czasie ul. K. Marksa od ul. Kościuszki do plaży w Brzeźnie była nieutwardzona. Była to droga polna. Na rogu ul. K. Marksa i Uczniowskiej (gdzie aktualnie znajduje się skrzyżowanie), oczywiście obu dróg polnych latem przyjeżdżali pięknymi, kolorowymi wozami konnymi Cyganie i rozbijali swoje tabory. Przybiegaliśmy tam i przyglądaliśmy się rodzinom cygańskim. Był to dla nas inny świat. Byliśmy jednocześnie ciekawi i ostrożni, ponieważ słyszeliśmy, jak dorośli mówią, że Cyganie kradną małe dzieci. Nas jednak nikt nie chciał ukraść.
W mięso i jego wyroby zaopatrywaliśmy się u rzeźnika - p. Szmukały, którego mieszkanie wraz ze sklepem mieściło się w parterowym budynku, naprzeciw "U Dariusza". Znaliśmy się bardzo dobrze, ponieważ z ich córką, Halinką chodziłem do jednej klasy szkoły podstawowej.

W miejscu, gdzie jest zaparkowany czerwony "Matiz" znajdował się sklep pana Szmukały. Fot. stan aktualny
Natomiast ze starszym Zygmuntem, Hanką Jaśkiewicz i Dzidkiem Zającem z ul. Emilii Plater dojeżdżaliśmy do szkoły muzycznej nr 1 w Gdańsku. Zygmunt uczył się grać na skrzypcach, a nasza trójka na fortepianie. Bywałem od czasu do czasu u państwa Szmukałów, gdzie wraz z Zygmuntem jeździliśmy rowerem po wewnętrznym podwórku. Obok mieszkały jeszcze trzy moje koleżanki szkolne: Basia Bobko, Krysia Jakuszewska i Jadzia Merchel. Trochę dalej Jurek Gajos i w głębi, obok świetlnej stawy stał budynek z czerwonej cegły, gdzie mieszkał inny kolega - Piotrek Hoga. Domy, gdzie mieszkali przy ul. Gdańskiej zostały wyburzone. W tym miejscu znajduje się Supersam i inne bloki mieszkalne.
W latach 50-tych ubiegłego wieku pan Szmukała został fundatorem kaplicy, w której przed Matką Boską klęczy św. Bernadetta. Kaplica ta znajdowała się za ówczesną plebanią, skierowana frontem do prawego boku kościoła św. Antoniego.

Ta kaplica widoczna na zdjęciu mieści się w zachodniej części terenu kościelnego. Brakuje tutaj św. Bernadetty, stąd trudno jest mi ocenić, czy jest to ta sama kaplica przeniesiona tylko w inne miejsce.
Ojciec mój jak już wspominałem pracował jako muzyk-perkusista w Państwowej Operze i Filharmoni Bałtyckiej w Gdańsku. W związku z tym chciał aby jego syn - tzn. ja poszedł w jego ślady i też został muzykiem. Dlatego też w roku szkolnym 1952/1953 po wstępnym egzaminie zostałem przyjęty do Szkoły Muzycznej I stopnia w Gdańsku-Wrzeszczu, przy ul. Rokossowskiego (akt. Al. Zwycięstwa ). Początkowo korzystałem z gry na fortepianie u P. Jaśkiewiczów zam. przy ul Emilli Plater nr 11. Na przełomie 1952/3 roku rodzice kupili od mieszkańca Brzeźna p. Cegiełki piękne, stare pianino, ale w bardzo dobrym stanie, które nastroil pan Sylwester Sztukowski.

Na zdjęciu p. Sztukowski wraz z żoną i trojgiem dzieci na swojej działce przy ul. Mazurskiej. Obecnie w tym miejscu stoją bloki mieszkalne. W tle plebania. Fot. z ok. 1952 r.
Od tej pory przez 7 lat uczęszczałem do szkoły muzycznej i ćwiczyłem już na swoim pianinie. Natomiast moi trzej nabliżsi koledzy z ławy szkolnej: Julek Baran, Heniek Skwara i Kazik Jarmuszczak uczyli się gry na akerdeonie u p. Pilca w Szkole Muzycznej w Gdańsku-Oruni.

Duet domowy: ojciec gra na akordeonie a ja akompaniuję mu na pianinie. Fot. z ok. 1954-55 r.

Ten sam duet tylko ojciec gra na ksylofonie. Fot. z ok. 1954-5 r.

Na zdjęciu ojciec sprawia mi lanie za unikanie ćwiczenia na instrumencie, matka błaga o litość. Oczywiście zdjęcie pozorowane. Fot. z ok. 1954-5 r.
Zimową porą pięknie wygladał skwer w centrum Brzeźna, przy głównej mijance tramwajowej, a szczególnie przycięte ośnieżone krzaki żywopłotu okalające skwer, ponadto wysokie drzewa rosnące w pobliżu, oraz pergola tworząca latem zielony tunel zarośnięty pnączami.

Zdjęcie skweru zimową porą. Na głównym planie pergola. Fot. z ok. 1954 r.

Na zdjęciu to samo miejsce po ponad 50-ciu latach, nowe okna w budynkach, dwa drzewa iglaste, brak hydrantu p.poż., brak drewnianych zabudowań w których sprzedawano ziemniaki i warzywa. Fot. stan aktualny
Ponad 50 lat temu centralne miejsce Brzeźna wygladało tak jak to przedstawił na poniższym zdjęciu mój ojciec.

Na zdjęciu na pierwszym planie od lewej: Heniek Skwara, Dzidek Zając, ja i Julek Baran. W tle od lewej budynek przy ul. Gdańskiej, w którym na parterze widoczne jest wejście do sklepu zwanego popularnie Spółdzielnią, tramwaj lini nr 5 stojący na mijance i oczekujący na przyjazd drugiego z przeciwnej strony t.j. od strony Wrzeszcza. Fot. z ok. 1952 r.

Na zdjęciu brak jest okrąglego słupa ogłoszeniowego, (stojącego na zdjęciu wyżej) obok krzyża. Fot. stan aktualny
W miejscu gdzie staliśmy w czwórkę aktualnie biegnie druga linia tramwajowa skrecająca w ul. Mazurską.
W tym czasie obok mijanki tramwajowej stał kiosk Ruch, który prowadziła pani Gruca, nieraz zastępował ją jej syn Maciek. W pewnym okresie czasu postawiono w sezonie letnim w pobliżu biały kiosk, w którym sprzedawano lody.

Na zdjęciu kolega mojego ojca pan Sylwester Sztukowski z swoim synem Andrzejem przy kiosku z lodami. Fot. z ok. 1954 r.
Pewnej letniej słonecznej niedzieli, wspólnie z kolegami po mszy w kościele Św. Antoniego w Brzeźnie udaliśmy się do centrum gdzie jeden z kolegów kupił gazetę dla swojego ojca. Następnie ul. Zdrojową przeszliśmy w kierunku plaży. Przedłużeniem jakby tej ulicy w kierunku Zatoki było molo zniszczone w czasie wojny. Do połowy pasa plaży wychodziła czesc betonowa wyłożona resztkami drewnianych desek.

Na zdjęciu widoczna cześć betonowa przedwojennego mola w pobliżu centralnej części Brzeźna. Fot. stan aktualny
Od tego miejsca szły na kilkadziesiąt metrów w Zatokę potężne drewniane pale łączone resztkami drewnianych belek. Na plaży było już sporo opalających się wczasowiczów, któryś z chłopców rzucił wyzwanie: kto zajdzie najdalej po zniszczonym molu - ten zostanie marynarzem. Zaczeliśmy iść po tych belkach, im dalej tym gorzej i niebezpieczniej. Belki zaczęły stawać się śliskie i pokryte zielonymi porostami, chcąc zaimponować pozostałym wysforowałem się do przodu. W pewnym momencie poślizgnąłem się na mokrej belce, straciłem równowagę i runąłem z belki na lewą stronę mola, nagle poczułem ze zahaczyłem nogawką spodenek, później okazało się, że była to wystająca, zardzewiała nakrętka potężnej śruby wystającej z boku jednego z wbitych pali. Zawisłem zaczepiony o śrubę nie zdając sobie sprawy, że byłem o włos co najmniej od kalectwa. Chłopcy widząc w jakim jestem położeniu wycofali się z dalszego pokonywania mola, zbiegli na brzeg w miejsce nad ktorym wisiałem i śmiejąc się ze mnie, krzyczeli że zostałem marynarzem. W tym czasie słyszałem jak popuszczają szwy spodenek pod moim ciężarem. Po jakimś czasie szwy pusciły i spadłem na brzeg plaży. Dopiero wszyscy wybuchnęli śmiechem. Zamiast spodenek miałem na sobie cztery kawałki materiału trzymające się na pasku. Taka nieprzemyślana odwaga mogła skończyć się tragicznie. Marynarzem jednak zostałem i zaliczyłem trzy lata słuzby wojskowej w Marynarce Wojennej, między innymi na okręcie-muzeum "Burza" jako marynarz-przewodnik.
Ojciec mój co jakiś czas wymyślał nowy temat do swoich zdjęć amatorskich.

Na zdjęciu siedzę wraz z ojcem udając beduinów. Miejsce akcji - lasek w Brzeźnie. Z tyłu namiotów - dwa spięte ze soba białe prześcieradła ozdobione u góry gałązkami z drzew, brak tylko wielbłąda. Fot. z ok. 1954 r.

Jest to projekt Wielkanocnej karty pocztowej, którą ojciec mój miał wysłać do najbliższej rodziny. Od lewej mój ojciec, ja i moja matka. Fot. z ok. 1955 r.
Któryś z kolegów zaproponował stworzenie małej grupy kolędników, więc dobraliśmy się w trójke: ja, Heniek Skwara i Julek Baran.

Na zdjęciu stoję z maską diabła na twarzy, w którą chodziłem przebrany jako kolędnik. Fot. z ok. 1955-56 r.
Heniek i Julek przebrani byli za pastuszków, ja z maską diabła. Heniek stał zawsze w środku, poniewaz trzymal w rękach szopkę. Obchodziliśmy przeważnie środkowe i południowe Brzeźno, ponieważ w północnej części chodziła inna grupa kolędnikow. Nie wchodziliśmy sobie w drogę. Dla każdej z grup wystarczyło dosyć terenów do obejścia.
Innym tematem w amatorskiej fotografi mojego ojca było wojsko. Przed wojną, przez 8 lat, od 14 roku życia, wpierw jako elew, a później jako żołnierz zawodowy był związany z wojskiem. Kampania Wrześniowa 1939 roku, okupacja niemiecka a następnie kampania wyzwoleńcza odcisnęły swoje piętno w jego świadomości, chociaż pracował w innym swoim zawodzie to tęsknota za wojskiem dawała o sobie znać.

Na zdjęciu ojciec w stopniu majora i pan Sztukowski Sylwester jako komandor Marynarki Wojennej. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu od lewej żona mojego kuzyna Ania jako pani podporucznik, mój kuzyn Marian Gierlak jako generał brygady, mój ojciec (stoi) jako pułkownik oraz ja salutujący i meldujący. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu od lewej: pan Stefan Hrab, pan Sylwester Sztukowski, mój ojciec, kolega ojca oraz moja matka. Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu od lewej: Kazimierz Chudy jako Stalin oraz ojciec jako Hitler. Fot. z ok. 1955 r.
A więc wymyślał sobie różne sytuacje, tworzył fikcyjne mundury, czapki i furażerki z różnymi stopniami. Z ubiorów cywilnych tworzył wojskowe i utrwalał to wszystko na zdjęciach. Największą fikcję stworzył na ostatnim zdjęciu, gdzie przedstawił przywódców ? dyktatorów dwóch państw:
Stalina z komunistycznego Związku radzieckiego oraz Hitlera z Faszystowskich Niemiec, jako tych, którzy dzielą przedwojenną Polskę między siebie. Jak wiadomo do takiego spotkania nie doszło, ale podział jednak miał miejsce. Gdyby to zdjęcie ujrzało światło dzienne w tym czasie, to ojciec mój mógłby nie widzieć światła dziennego przez dłuższy okres czasu.
W tym okresie czasu nie było sklepów rybnych, więc w ryby zaopatrywali nas rybacy. Jak już wcześniej wspominałem co jakiś czas rybaczka sprzedawała ryby ze swojego ruchomego sklepu na kołach. Po jakimś czasie z nieznanych mi powodów zaprzestała tego rodzaju handlu.

Na zdjęciu Pan Hrab prezentuje mojej matce pięknego dorsza w całej okazałości. Fot. z ok. 1955 r.
Sąsiad pan Hrab, pracownik portu, często przebywał wśród brzezieńskich rybaków. Matka moja wiedząc o tym, za jego pośrednictwem zaopatrywała rodzinę w świeża rybę.
O ile dobrze pamiętam, to gdzieś we wrześniu 1955 roku, jednego ciepłego dnia, ówczesny nauczyciel lekcji W-f pan Stanisław Zaremba, zorganizował akcję zdobywania odznaki BSPO (Bądź sprawny do pracy i obrony).


U góry kopie zewnętrznej i wewnętrznej części legitymacji z 1955 roku
Skorzystaliśmy więc z tej akcji, aby w jej ramach popływać. po zatoce. Była to, jak wynika z nazwy odznaka sprawnościowa kategorii młodzieżowej.
Inną akcją było w roku 1958 masowe szkolenie sanitarne organizowane również w szkołach. Po szkoleniu tym pozostała mi również pamiątka w postaci zaświadczenia. Wówczas byłem już uczniem w LO w Nowym Porcie.

W tym też roku za namową kolegów: Jurka Barana i Heńka Skwary zapisałem się do drużyny harcerskiej nr 17 zawiązanej przy szkole Podstawowej nr 20 w Brzeżnie. Drużynowym był pan Stanisław Zaremba, a przybocznym p. Bogdan Klauza. Jako pamiątka pozostała mi legitymacja i krzyż harcerski. Ponadto zdjęcie wycięte z gazety "Głos Wybrzeża", na którym maszeruję wraz z kolegami.



Podczas pochodu 1-majowego w 1959 roku w okolicy Dworca Głównego w Gdańsku. W tle widoczne są portrety Lenina i Marksa.
W latach 50-tych ubiegłego wieku administracja domów mieszkalnych z Nowego Portu przeprowadzała remont przeciekającego dachu w domu, w którym mieszkaliśmy. Kubły z wapnem, skrzynia z zaprawą murarską, znajdowały się na podwórzu przed domem. Mieszkańcy starali się pomóc murarzom w naprawie dachu, ponieważ zależało im aby prace zostały zakończone przed ewentualnym deszczem.

Na zdjęciu od lewej: p. Hrabowa, moja matka, pan Hrab Stefan, pani Halina Walentynowicz i ja. W tle widoczna górna część budynku transformatora. Fot. z ok. 1953 r.
Główna przychodnia lekarska znajdowała się w Nowym Porcie. W Brzeżnie natomiast funkcjonowała jako internista ? obecnie lekarz rodzinny ? pani dr Woronowicz. Mieszkała i przyjmowała chorych w swoim gabinecie znajdującym się na parterze willi przy ulicy J.Krasickiego.

Na zdjęciu obok willa, w której przyjmowała chorych pani dr Woronowicz
Ojciec mój robiąc amatorskie zdjęcia, uwiecznił również kilkanaście osób, wówczas dzieci i młodzież , z ulicy Emilii Plater, z sąsiadujących z nami domów i mieszkań.

Na zdjęciu nasz ogródek, w ogródku moja matka, trzyma w ręku piłkę, która "wpadła" do ogródka. Obok Sabina "Wacka". Za płotem od lewej: Zbyszek Saganowski, jego młodszy brat Rysiek Saganowski, Stefa Hrabówna, siostra "Wacki" Janina Zwierzyńska "Lalka", brat i siostra (imion nie pamiętam) od Kowalewskich, oraz najmłodsza na tym zdjęciu Basia, siostra "Wacki" i "Lalki". Fot. z ok. 1957 r.

Na zdjęciu ja stoję oparty o płot. Siedzą od lewej chyba "mały" Jankun, Jurek Majchrzak, Mietek Kujawa, Janina Zwierzyńska "Lalka", Heniek Niczyporuk, oraz Józek Jakubowski "Kopka". Fot. z ok. 1955 r.

Na zdjęciu ja w naszym ogródku, przy płocie Waldek Kujawa, brat Mietka. Fot. z ok. 1957 r.

Ponownie w naszym ogródku, od lewej: Heniek Skwara, Waldemar Zając "Dzidek", Waldek Kujawa, Wacek Skwara - brat Heńka, Zdzichu Baran, ja i Julek Baran - brat Zdzicha. Fot. z ok. 1957 r.
O ile się nie mylę, zdjęcie powyższe zostało zrobione w okresie 1954/1955 roku na dziedzińcu szkolnym Szkoły Podstawowej nr 20 uczniom klasy V- tej

Od lewej siedzą: Marek Misiorowski i Marian Staniszewski, a od lewej stoją:
Mohylewska Wanda, Ela Plenikowska, Krysia Ozarków, ja, Marian Chamera, Heniek Janicki, Wojtek Kotkowski, Kazik Jarmuszczak, Basia Chylińska, Piotrek Hoga, Januszewska Krysia, "Dzidek" Zając i Czesiu Celiński (siostrzeniec naszej Wychowawczyni Marii Rudzińskiej)
Natomiast następne zdjęcie zostało zrobione przypuszczalnie w okresie 1956/1957 roku uczniom klasy VII-ej. Uczniowie znajdują się obok swietlicy, gdzie aktualnie znajduje się nowy budynek Szkoły Podstawowej nr 20. Są na nim uczniowie miejscowi tj. z Brzeżna i uczniowie przeniesieni. W tym okresie czasu z innych szkół podstawowych.

Pierwszy rząd od góry: stoją trzej "obcy" NN, NN i Jasiu Danylec z Nowego Portu. W drugim rzędzie stoją od lewej: Marian Wodtke, Lutek Mrożek, Marian Chamera, NN, "Dzidek" Zając, Jasiu Bogucki, Julek Baran i Kazik Jarmuszczak. W trzecim rzędzie siedzą od lewej: Krysia Staniszewska, Marianna Roschmann, Marek Misiorowski, ja, Maniek Staniszewski, Wojtek Kotkowski, Heniu Janicki, NN i Krysia Izydorek. W czwartym rzędzie siedzą od lewej: Halinka Szukała, Basia Bosko, Marysia Wróblewska, Jadzia Kozioł, Irka Niczyporuk, Basia Chylińska i stoi Czesia Bocheńska. W piątym siedzą od lewej: Jola Ciara, Danusia Weiss, Anka Lubnau, Joaśka Klemiato, Lidka Maraszek i Ela Seleman. Oczywiście w stosunku do dziewcząt używam ich nazwisk panieńskich.
Niestety kilka osób - moich koleżanek i kolegów odeszło już na zawsze. Z wieloma brak jest jakiegokolwiek kontaktu. Czas robi swoje.

W roku 1957 urodził się mój brat. Był już nowego, powojennego pokolenia. Mój ojciec z młodszym synem na spacerze zimowa pora południowa z 1957/1958 rok.
Jak widać wyżej brat zażywa kąpieli słonecznej w zaparkowanej na snieżno-piaszczystej zaspie limuzynie, na plaży w Brzeźnie. W tle widoczny na redzie statek handlowy.
Na ponizszym zdjeciu sasiad pan marek Biernat oparty o lodz rybacka z napisem BRZ 16, wyciagnieta na brzeg . Sadze, ze oba zdjecia robione byly tego samego dnia, a juz napewno tej samej zimy.

Na następnym zdjęciu robionym przez mojego ojca w mieszkaniu przy ul. Emilii Plater widać jak wyglądała kąpiel mojego młodszego brata. Wanienka blaszana, ocynkowana stojąca dla wygody na stołku kuchennym i przy stojącym obok łóżeczku dziecinnym. Fot. z ok. 1958 r.


Na zdjęciu z prawej strony widać mojego brata. Podchodząc humorystycznie do tej sytuacji, widać jak już w jego wieku usiłowano zrobić z niego "koszykarza" każąc mu rzucać piłką nie do kosza lecz z kosza na śmieci. Fot. z ok. 1959 r.

Jestem na spacerze z bratem na ul. Dworskiej róg ul. Sterniczej. "Limuzynę" dla brata rodzice zamienili na sportowy "kabriolet". W tle kończąca się budowa domków jednorodzinnych. Fot. z ok. 1959 r.

Zdjęcie przedstawia członków 2-ch sąsiadujących ze sobą rodzin, relaksujących się w lasku, w okolicy ul. K. Marksa - aktualnie Hallera. Od prawej strony stoją w kolejności od najstarszego do najmłodszego: ja, Janina Zwierzyńska "Lalka" ,jej siostra Sabina "Wacka", ich najmłodsza siostra Basia i mój brat Bogdan. Fot. z 1959 r.
Przypominam sobie incydent jaki miał miejsce w roku 1956. Byłem wówczas w VI lub VII klasie. Pod koniec przerwy między lekcjami, kiedy wszyscy bylismy już w klasie, ktoś przybiegł i zawołał, ze umarł Bierut. Nad tablicą wisiały u góry; orzeł bez korony i dwa portrety - Bieruta i chyba Cyrankiewicza. W pewnym momecie rozległ się trzask i zobaczyliśmy popekane szkło i rozlewający się atrament po portrecie Bieruta. Po chwili weszła do klasy nauczycielka i widząc ten portret zapytała. Kto to zrobił? Klasa milczała, zdenerwowana wybiegła z klasy i wróciła po chwili z kierowniczką szkoły. Ta zwróciła się do całej klasy: niech się przyzna ten, kto to zrobił. Klasa solidarnie milczała. Oswiadczyła wówczas, że będziemy tak długo siedzieć w klasie dopóki ona się nie dowie kto jest sprawcą zalania portretu atramentem. Siedzieliśmy godzinę, dwie. Nagle do klasy wchodzi kierownik szkoły i mój ojciec. Widzę, że ma marsową minę i jest bardzo zdenerwowany. Kierownik kazała mi opuścić klasę. Tego dnia miałem lekcje muzyki w Szkole Muzycznej i kiedy nie wrócilem na czas do domu ojciec mój udał się do szkoły aby dowiedzieć się co jest przyczyną braku mojego powrotu. Jak się dowiedział, że klasa została po lekcjach z wiadomego powodu zrobił wielką awanturę kierowniczce szkoły i polecił mnie natychmiast zwolnić. Oliwy do ognia dolał ojciec "Dzidka" Zająca, który również miał lekcje muzyki. W następstwie tych interwencji rodzicielskich uczniowie zostali wypuszczeni do domów. Nikt nie "puścił farby" w tej sprawie. A "sprawcą" była nasza koleżanka klasowa - Marianna Roschmann. Nie byliśmy w tym czasie świadomi jakie konsekwencje mogli ponieść jej rodzice. Jednak podświadomie czuliśmy, że reakcja Marianny byla odważna i prawidłowa.
Chciałbym jeszcze na zakończenie moich wspomnień opisać jeden obiekt w Brzeźnie, który już nie istnieje.
Wychodziliśmy na spacery z moją matką po Brzeźnie. Szczególnie upodobaliśmy sobie spacery po miejscowym parku. Było to chyba na przełomie lat 40-tych i 50-tych ubiegłego wieku. Któregoą letniego dnia zawędrowaliśmy we wschodnią część gdzie jeszcze znajdowały się resztki zniszczonego sprzętu wojskowego. Kiedy wychodziliśmy w kierunku ul. Krasickiego zobaczyliśmy kładkę przerzuconą od strony parku ponad torami kolejowymi, ogrodzeniem portu i nad ul. Krasickiego. Była to kładka metalowa, w kształcie tunelu, na która wchodziło się po schodach i schodziło się juą na chodniku po drugiej stronie ulicy. Kiedy weszliśmy po tych schodach na kładkę okazało się, że w ścianach, dachu a szczególnie w podłodze znajdują się duże otwory po pociskach z okresu wojny. Blacha była powyginana. Pamiętam, że półokrągły dach i ściany były wykonane z blachy falistej.

Na zdjęciu z lewej strony widoczne jest "stare" ogrodzenie portowe. W miejscu zaparkowanych samochodów biegły tory kolejowe. W miejscu gdzie aktualnie widoczna jest brama wjazdowa biegła ul. Krasickiego w kierunku Nowego Portu. Tą ulicą jezdził również tramwaj nr. 5. W miejscu gdzie jest asfalt droga była wyłożona kostką brukową. Po prawej stronie widoczne są drzewa zasadzone przy byłej ulicy. Kładka była przerzucona mniej więcej w tym miejscu gdzie aktualnie znajduje się widoczna brama portowa. Fot. stan obecny
Jednym słowem było niebezpiecznie poruszać się po tej kładce.
Kończąc swoje wspomnienia z okresu kiedy mieszkałem w latach 1947-1961 w Brzeźnie chciałbym nadmienić, że był to ciekawy okres w moim życiu. Życie w Brzeźnie pomimo pozorów nie toczyło się monotonie jakby to można sądzić. Ja byłem ciekaw świata. Stąd też moja dobra znajomość ówczesnego Brzeźna. Aktualnie dzielnica ta zatraciła swój dawny przytulny i swojski charakter. Pozostały w niej jednak ciekawe obiekty i magiczne miejsca, które należy samemu odnależć, podziwiać i zachwycać się nimi.
Tego życzę wszystkim sympatykom i miłośnikom Brzeźna - takiego jakie nawet jest aktualnie. Natomiast samemu Brzeźnu życzę aby w przyszłości wypiekniało i przybrało wybitnie charakter rekreacyjno-uzdrowiskowy. Wszystkim mieszkańcom Brzeźna niech przyświeca hasło: "Brzeźno - kurortem".
Aneks nr 1 Gry, zabawy i przedmioty do zabawy
Gry:
- w klipę
- w klasy
- w nożyk
- w nogę
- w szczypiorniaka
- w palanta
- w zielone
- w pomidora
Zabawy:
- w chowanego
- w berka
- papierowe Piekło i Niebo
- głuchy telefon
- wchodzenie na kasztan
Przedmioty:
- proca drewniana na kamyki lub metalowa na haczyki
- papierowe samoloty
- papierowe łódki
- obręcz rowerowa lub inne kołko na kijek lub haczyk
- klucz do strzelania
Wszelkie gry i zabawy odbywały się na podwórkach, ulicach i prowizorycznych boiskach oraz okolicznych laskach.
Aneks nr 2 Dot. zapamiętanych nazwisk rodzin i osób mieszkających w Brzeźnie
Ul. Gdańska: Janicki, Wróblewski, Ordon, Zemełka, Hoszczaruk, Szkodo, Danieluk, Jażdżewski, Nikiel, Bobko, Szmukała, Merchel, Jakuszewski, Gajos, Hoga, Rżysko, Doliński, Krzyczmonik, Szot, Śliwiński
ul. I. Krasickiego: Grabowicz, Woronowicz, Motylewski
ul. Sternicza: Ciara, Mocek, Szczepaniak, Koralewski, Klauza
ul. Dworska: Jarmuszczak, Wolniak, Groth, Golaszewski, Grabiec, Cebula, Wolski, Lipiński, Sajur, Kowaliszyn, Pohl
ul. Wczasy: Kozioł
ul. Łamana: Chamera, Wieczorek, Jach, Olszewski
ul. Północna; Roschmann, Nowak, Zimnicki, Korsztun, Kotkowski, Staniszewski, Cirodzki
ul. Cicha: Mrożek
ul. Zdrojowa: Wardaszka
ul. Południowa: Lepiejko, Pilc, Pastwa, Kwiecień, Dzięcielewski, Cegiełka, Kluk, Niziński, Hinc, Sylwańczyk, Piskorz
ul.Orla: Lubnau, Bójko, Jewiński, Kostecki, Abramowicz, Gąsior
ul. Mazurska: Gończ
ul. Walecznych: Zawadzki, Gruca, Plichta
ul. Korzeniowskiego: Bogucki, Izydorek, Gwardecki, Czekaj, Klemiato, Seleman, Weiss, Galikowski, Dzierzbicki, Maraszek, Ponczek
ul. Pulaskiego oraz pozostale w poblizu: Komosiński, Dulęba, Śmilgin, Domalewski, Sapczyński, Dobrowicki, Ożarków, Plenikowski, Chyliński, Paszkowski, Kania, Szejko, Sochacki, Mazowiecki, Orłowski
ul. Emilii Plater
nr 7: Piwowarczyk, Dzierzbicki, Ziółkowski
nr 9: Rurka, Skoczek, Kaszubowski
nr 11: Jaśkiewicz, Stefiuk
nr 13: Sztukowski, Puża, Kujawa, Bakowski, Jankowski, Wodtke, Zybura
nr 15: Rohde, Kwidzyński, Knitter
nr 15a: Maksymiuk, Hrab
nr 17: Pilipczyk, Walentynowicz, Biernat, Szymański
nr 19: Wysocki, Bieniecki, Koralewski, Zwierzyński
nr 21: Sobierajski, Sadzewicz
nr 23: Stankiewicz, Jankun
nr 23a: Barnik, Majchrzak
nr 25: Niczyporuk, Aniszkiewicz
nr 25a: Kozak, Skwara
nr 27: Zając, Sucharek
nr 29: Jakubowski
nr 31: Sawicki
nr 33: Baran, Bochenski
nr 33a: Saganowski, Tubis
nr 35: Ukleja
nr 35a: Grubski, Różak
nr 37: Strug, Musialik, Flak
nr 2: Żurek
nr 2a: Furman, Kołodziejski, Karpowicz
nr 20: Fragiel, Szerszeń
nr 24: Adamczyk, Warchala
Aneks nr 3
Koleżanki i koledzy, którzy uczęszczali wraz ze mną do Szkoły Podstawowej nr 20 w Brzeźnie w latach 1950/51 - 1956/57:
Bobko Barbara, Bocheńska Władysława, Chylińska Barbara, Ciara Jolanta, Danieluk Jadwiga, Grabowicz Krystyna, Izydorek Krystyna, Jakuszewska Krystyna, Kisiel Bożena, Klemiato Joanna, Kowaliszyn Zofia, Kozioł Jadwiga, Lubnau Annna, Maraszek Lidia, Merchel Jadwiga, Motylewska Wanda, Niczyporuk Irena, Orłowska Elżbieta, orzechowska Olga, Ożarków Krystyna, Plenikowska Elżbieta, Roschmann Marianna, Sajur Rozalia, Sawicka Urszula, Seleman Elzbieta, Staniszewska Krystyna, Szmukała Halina, Warchala Jadwiga (?), Wardaszka Urszula (?), Weiss Danuta, Wróblewska Maria, Zawadzka Zofia
Baran Julian, Bogucki Jan, Celiński Czesław, Chamera Marian, Czekaj Janusz, Gajos Jerzy, Gończ Stefan (?), Hoga Piotr, Janicki Henryk, Jarmuszczak Kazimierz, Kafel Fryderyk (?), Kotkowski Wojciech, Misiorowski Marek, Mrożek Lucjan, Nikiel Bruno, Nowak Stanisław, Piskorz Henryk (?), Skwara Henryk, Staniszewski Marian, Staniszewski Ryszard, Wodtke Marian, Zając Waldemar
Aneks nr 4
Grono pedagogiczne, którego nazwiska zapamiętałem:
1. Kierownicy Szkoły ; p. Jach, p Gryźniak
2. Moi wychowawcy:
1950/51 p. Kisiel Zofia
1951/52 p Urszula Gańska
1952/53 p. Kisiel Zofia
1953/54 p. Rudzińska Maria
1954/55 p. Rudzińska Maria
1955/56 p. Rudzińska Maria
1956/57 p. Hryniewicz Zbigniew
3. Nauczyciele
Rudzińska Maria - historia
Hryniewicz Zbigniew - fizyka i chemia
Wolniak Jadwiga - geografia
Zaremba Stanisław - wf
Brzezińska - matematyka
Anikin - j. rosyjski
Jachowa - muzyka
Karasiowa - ?
Niedzwiecka - ?
Przepraszam wszystkich o ile przekręciłem niechcący czyjeś nazwisko lub imię.
|