Nowości na stronie

 

Wspomnienia Powojenne Lucyna Szomburg

ULICE

W moim Świecie czas płynął leniwie. I ja rosłam powoli. Jednak pewnego dnia, wspinając się na poprzeczną deskę w furtce zauważyłam, że mogę już dosięgnąć skobelka. Od tej chwili Wielki Świat stanął przede mną otworem.

Mieszkałam przy ul. Południowej, brukowanej kocimi łbami jak większość ulic w Brzeźnie, szerokiej, otoczonej parkanami i zielenią. Nie była to jednak zwykła ulica. Ona, podobnie jak ja, marzyła o dalekich podróżach.

Zaczynała się obok przystanku tramwajowego. Z jednej strony stał piętrowy dom, ten z oknami przy samej ziemi i rosły drzewa, które raz w roku golono do pnia, niczym głowy rekrutów. Dalej było nieduże podwórko, szopa i żelazne ogrodzenie z jaśminowym żywopłotem. Po przeciwnej stronie, na skrzyżowaniu z Gdańską stał drewniany słup wysokiego napięcia. Od czasu do czasu wspinał się po nim pracownik elektrowni, aby sprawdzić łącza. Miał specjalne buty, do których przymocowane były metalowe szczęki z ostrymi zębami. Wbijał je zamaszystym ruchem w drewno, zostawiając za każdym razem dziurkowane ślady. Tuż za słupem zaczynał się ogródek warzywny, należący do lokatorów mieszkających nad "spółdzielnią" i nasza posesja; malutki domek z werandą w zaczarowanym ogrodzie. Z daleka wydawało się, że ulica Południowa kończy swój krótki żywot wpadając w objęcia ul. Walecznych. Jednak, czy to tęsknota za nieznanym, czy duma, nie pozwalająca jej bratać się ze zwykłą, polną drogą sprawiała, że nagle skręcała w stronę morza zostawiając za sobą pocztę i placyk, będący łącznikiem do ul. Korzeniowskiego. Tutaj stawała się jeszcze szersza i piękniejsza. Wysadzana brzozami i jaśminem, mijała park ze starodrzewiem przylegającym do Domu Zdrojowego. Chodnik ułożony z kwadratowych płytek, wykończony szerokimi, kamiennymi krawężnikami dodawał jej szyku. Druga strona ulicy była trochę skromniejsza. Najpierw stał dom-bliźniak, z murowaną werandą i tarasem. Mieszkał w nim Mariusz i Tadzio.W oknach werandy wisiały zawsze starannie upięte firaneczki, a na podwórku krzątała się śnieżnobiała babcia w wykrochmalonym fartuchu. Drugą część domu zajmowali właściciele Asika, niedużego, lecz hałaśliwego pieska. Dalej były gruzy zarośnięte łopianami i początek ulicy Mazurskiej. U zbiegu ulic, niczym anioł stróż, stała samotnie rozłożysta, biała topola.

Kolejny dom był jasny, piętrowy, taki trochę nowoczesny, bez balkonów, wieżyczek i ozdób architektonicznych. Jedynie schodki prowadzące do głównego wejścia stanowiły jakieś urozmaicenie. Od ulicy odgradzał go trochę dziki i zaniedbany żywopłot. Przed domem, każdej wiosny zakwitały drzewka, tworząc powitalną bramę. Mieszkali tam dwaj chłopcy, młodszy Rysio, poważny i mądry oraz jego kuzyn Jurek, wesoły rozrabiaka. Ostatnim budynkiem na ul. Południowej był parterowy, trochę tajemniczy domek położony w głębi dużego ogrodu i otoczony wysokim płotem. Graniczył z ulicą Pułaskiego.

Ulica Południowa biegła dalej, w kierunku wydm, zrzucając z siebie ciężkie szaty wysadzane brukiem, zwężając się i przywdziewając zwiewną sukienkę z drobnej, bazaltowej kostki. Północny wiatr przynosił jej w podarku złote ziarenka piasku i zapach morza. Ona brała je z wdzięcznością, chowała w kamiennych zakamarkach, kępkach traw, przydrożnych krzewach i zawracała tworząc pętlę.

Przed wojną na tej pętli był parking dla samochodów. Bogaci letnicy i kuracjusze zostawiali tutaj swoje pojazdy, skąd tylko krok dzielił ich od plaży i kortów tenisowych. Teraz, odarta ze splendoru, pozbawiona aut i eleganckich gości, powoli popadała w nędzę.


Ulica Walecznych i Mazurska, biegły równolegle do siebie jak dwie siostry, łącząc ul. Południową z Dworską. Obie były proste, ubogie i niebrukowane. W twardej, wyboistej ziemi powstawały po deszczu głębokie kałuże, w których przeglądało się niebo. Niewiele było tutaj domów, za to mnóstwo sadów, ogrodów, łąki i pastwiska. Tak wyglądał Raj...

Mój Świat rozciągał się jak guma. Z każdym dniem odkrywał przede mną coraz to inne miejsca i stawiał na mej drodze nowych ludzi.

Na skrzyżowaniu ulicy Walecznych i Południowej stała poczta. Tak nazywano budynek z czerwonej cegły, z piękną narożną wieżyczką, przeszklonymi werandami, balkonem i prawdziwą syreną na dachu. Otoczony żywopłotem, jak większość domów na mojej ulicy, patrzył hen, przed siebie kocimi oczami poddasza. Mieścił się w nim Urząd Pocztowy. Był to nieduży pokój, wydzielony z mieszkania na parterze. Wewnątrz, za kontuarem siedział pan Wolter, niezwykle miły i ciepły człowiek. Wszyscy darzyli go wielkim szacunkiem, nosił mundur i miał na swoim biurku niezliczoną ilość formularzy, blankietów, pieczątek i czarny, ebonitowy telefon. W niewielu domach było takie urządzenie, więc żeby zatelefonować, ludzie przychodzili na pocztę. Pan Wolter wykręcał wskazany numer na swoim aparacie i przełączał rozmowę do specjalnej kabiny. Na poczcie był również telegraf, ale zupełnie nie wiedziałam, do czego on służy.

Na drugim rogu rosła lipa pachnąca miodem. Nieco dalej, za drewnianym, parkanem był niewielki, kwiatowy ogródek i podwórko Mariusza i Tadzia. Panował tam zawsze idealny porządek, w przeciwieństwie do tego "na poczcie", gdzie mieszkali wszyscy moi przyjaciele i towarzysze zabaw. Za tymi podwórkami ciągnęły się ogrody i sady pełne słodkich papierówek, malinówek, agrestów, porzeczek i gruszek, miejsca naszych letnich, sekretnych wypraw. Tuż przy skrzyżowaniu z ul. Orlą, po tej samej stronie co poczta, stały zabudowania gospodarcze i mały, parterowy domek państwa Billów. Mieli całe gospodarstwo, krowy, konia, kury i uprawiali ziemię. Naprzeciwko, wśród bujnej zieleni stała piętrowa kamienica, nieco zrujnowana w czasie wojny, z urwanym balkonem, sterczącymi, metalowymi prętami, nie otynkowana, zwrócona dłuższym bokiem do Orlej. Ulica Walecznych miała tylko tę jedną przecznicę, również nieutwardzoną i wyboistą jak ona sama.

Za ulicą Orlą zaczynał się bardziej odległy świat, pełen wyimaginowanych stworów i tajemnic. Po prawej stronie był wysoki, drewniany płot, zbity z szerokich desek. Czasami, gdy trafiła się jakaś dziura po sęku, można było zobaczyć, niczym w fotoplastykonie zdziczały sad i na wpół zrujnowany dom. Mieszkał tam Janek z przybranymi rodzicami, starą babcią, której wszyscy się bali i psem.

Za tą tajemniczą posiadłością, rozsiadły się dwie parterowe wille. Były symbolem luksusu. Stały w zadbanych ogrodach, a przed domami rosły niewysokie, kwitnące drzewka, charakterystyczne dla poniemieckich terenów. Ich drobne, bordowo-czerwone kwiaty, tworzyły malutkie koszyczki.

Za nimi stał jeszcze jeden nieduży domek, a dalej, ukryty w bzach i jaśminach piętrowy budynek z czerwonej cegły. Prawa strona ulicy Walecznych kończyła się zgrabnym, jasnoszarym domkiem państwa Pohlów.

Druga strona była mniej zabudowana. Na rogu Orlej, na przeciwko zrujnowanej posiadłości stał, otoczony ogrodem, ładny dom państwa Zawadzkich, a za nim, w pewnej odległości willa państwa Gruców. Dalej były już tylko pastwiska, ogrodzone drewnianymi palikami i pordzewiałym, kolczastym drutem. Pasły się na nich krowy. Lubiłam patrzeć, jak w letnie wieczory pani Prostakowa pędzi swoje stadko ulicą Walecznych, na jej pochyloną, szczupłą sylwetkę w chusteczce na głowie i z patykiem w ręku. Potem brałyśmy z mamą kankę i szłyśmy po świeże mleko.

Późną jesienią i zimą ulica Walecznych tonęła w ciemnościach. Dwie, albo trzy lampy wiszące na drewnianych słupach, dawały nikłe, żółte światło, oświetlając niewielki skrawek ziemi wokół siebie. Dobrze było wtedy trzymać kogoś dorosłego za rękę...


Ulica Mazurska była jeszcze bardziej ciemna i odludna. Stało tu zaledwie kilka domów. Pierwszy z nich, zaczynając wędrówkę od ulicy Południowej, krył się zaraz za gruzami, w zielonej gęstwinie, ogrodzonej parkanem. Trudno było go zauważyć, tylko furtka w płocie mówiła, że ktoś tam mieszka. Oprócz niego, z lewej strony, między Orlą a Dworską stał tylko jeszcze jeden, malutki domek. Resztę stanowiły podmokłe łąki i rowy.

Prawa strona zaczynała się parterowym budynkiem szkoły zegarmistrzowskiej. Za nią była ładna, dwupiętrowa kamienica z przeszklonymi werandami i drewnianymi, ozdobnymi dodatkami. Do domu prowadziły kamienne schodki z metalową, wyślizganą poręczą i dwuskrzydłowe, szerokie drzwi. Wkoło rosły sady i ogrody, a wśród nich stały szopy, szopki i kurniki. Kawałek dalej znajdowało się przejście do ulicy Pułaskiego. Tam, w podwórku, uruchomiono fabryczkę wody sodowej i napełniano szklane butle syfonów. Ostatnim domem na Mazurskiej był drewniany, piętrowy budyneczek. Od ulicy Dworskiej dzielił go już tylko kawałek podmokłej łąki.


Ulice Walecznych i Mazurska różniły się od innych brzeźnieńskich ulic; wyboiste, niebrukowane, o rzadkiej zabudowie, przypominały raczej wiejskie drogi niż nadmorski kurort. Czasami przejeżdżał tędy wóz konny lub rower. Za to słońce zaglądało tu jakby częściej i dzieci były szczęśliwe.

Poprzednia część Kolejna część

Wszystkie materiały znajdujące się tej stronie są własnością autora strony chyba, że zaznaczono inaczej. Na zamieszczenie treści i grafik nie będącymi w posiadaniu autora uzyskano zgodę ich właścicieli. Kopiowanie i niekomercyjne rozpowszechnianie zawartości strony jest możliwe jedynie wraz z podaniem informacji nt źródła pochodzenia wraz z aktywnym adresem "www.brzezno.net".

Copyright 2006-2008 Sebastian Mya

      Nakarm dziecko   Spełnij marzenie dziecka